wtorek, 19 listopada 2013

33 rozdział "Masz nowego wybawiciela."

Spojrzałam na spokojną twarz Draco. Jego klatka piersiowa unosiła się regularnie co znaczyło, że smacznie sobie śpi. Blond włosy bezwładnie opadały na jego czoło.
Podeszłam do jego łóżka i usiadłam na krześle obok niego. Spojrzałam na Ślizgona z delikatnym uśmiechem widząc, że na jego nadgarstku znajdowała się bransoletka, na której lśniła  połówka serca. Zgarnęłam włosy z jego zamkniętych oczu po czym oparłam się o krzesło cofając dłonie.
Może Carmen miała rację? Może ktoś rzucił na niego Imperiusa?
Bardzo łatwo mi przychodzi ta myśl, gdyż nadal kocham tą tlenioną sierotę i nie chcę go stracić. Prawdą jest, że zabolał mnie widok Draco i Pansy razem, ale co mam zrobić, jeżeli pomimo tego nadal go kocham...
Spojrzałam przez okno i ujrzałam, że zaczął znów padać śnieg. Nie padał już od jakiegoś tygodnia. Przez te wydarzenia z ostatnich kilku dni nie zauważyłam nawet kiedy biały puch okrył zmarzniętą trawę i otulił dolne partie okien szkoły. Lubię zimę, ale tylko jako porę roku. Choć jest zimno to i tak lubię naparzać się śnieżkami ze znajomymi, a później przesiedzieć pół dnia opatulona w koc z kubkiem gorącej czekolady w ręku.
Wtem moje rozmyślania przerwał dotyk czyjejś dłoni na moim kolanie. Wzdrygnęłam się lekko i spojrzałam na nogę, której dotykała ręka Draco. Uniosłam wzrok znad kolana i ujrzałam otwarte oczy tlenionego. Patrzył na mnie ze smutkiem.
-Dlaczego tu jesteś? -Spytał cicho.
Nawet w głosie można było wyczuć tę smętną aurę, której za wszelką cenę chciałam teraz uniknąć.
-Chciałam zobaczyć co z tobą, sieroto -odparłam łagodnie i pogładziłam go po policzku.
Ten cofnął dłoń i uśmiechnął się blado.
-Jak się czujesz? -Zapytałam.
-Dobrze. Zabrali mnie tu, bo leżałem jak nieżywy na środku dormitorium. Nie wpadli na to, że po prostu straciłem przytomność.
Zaśmiałam się słabo, ale po chwili spoważniałam.
-Przepraszam -wybełkotałam.
-Za co? -Zdziwił się Malfoy.
-To przeze mnie cię to spotkało.. Nie chciałam -jęknęłam spuszczając głowę..
Było mi tak cholernie głupio. Przeze mnie Draco dostał Crucio choć mu się to nie należało. Jak już to ja powinnam wić się po ziemi przeszywana bólem. To ja powinnam teraz leżeć na łóżku szpitalnym. To tak nie miało być...
Draco złapał mnie za dłoń i podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Spojrzałam na niego mokrymi oczami.
-Po pierwsze to nie płacz, bo nie lubię gdy się smucisz. Po drugie to nie twoja wina. I tak prędzej czy później oberwałoby mi się. Jak nie od Liama to od kogoś innego.
Uśmiechnęłam się blado, a ten oduśmiechnął się.
-Przejdziemy przez to razem. Dobrze? -Spytał niepewnie.
-Dlaczego to zrobiłeś? -Zapytałam cicho, olewając to co przed chwilą powiedział.
-Chodzi ci o tą akcję z Pansy? -Spytał, a ja pokiwałam głową. Draco westchnął.- To zabrzmi arcygłupio, ale... Nie wiem. W dzień twojego powrotu do Hogwartu czułem się jakby nikt dla mnie nie istniał, a ja dla nikogo. Zapomniałem o wszystkim i ... Wtedy przyszła Pansy. Zaczęliśmy rozmawiać i jakoś tak wyszło -wymamrotał cicho, a widząc, że posmutniałam jeszcze bardziej postanowił kontynuować.- Kiedy cię jednak zauważyłem doszło do mnie co ja robię. Zrozum, że nie wiem dlaczego to zrobiłem -jęknął błagalnie.
Pokiwałam jedynie głową i wstałam.
-Nie idź, proszę...
-Muszę się dowiedzieć kto rzucił na ciebie Imperiusa -burknęłam i zostawiając Draco z tępą miną wyszłam ze Skrzydła.
Ruszyłam prosto do sali, gdzie miała się odbyć transmutacja, bo niedługo miał być dzwon. Kiedy doszłam pod salę ujrzałam grupkę Puchonów i Krukonów. Wszyscy rozmawiali wesoło, a ja wyjęłam księgę i zaczęłam tępo wgapiać się w zapisane stronice rozmyślając jak podejść Liama.
Wtem zadzwonił dzwon, a chwilę później drzwi od sali transmutacji otworzyły się, a McGonagall wpuściła nas do środka.
***
Nadeszła pora obiadu zatem wybrałam się na Wielką Salę z lekkim uśmiechem. Idąc korytarzem w stronę owego pomieszczenia minęłam Blaise'a.
-Cześć Tatia -powiedział zatrzymując się.
-Yy.. Hej -odparłam lekko zdziwiona tym, że Zabini się do mnie odezwał.
Ślizgon uśmiechnął się i ruszył dalej, a ja stałam otępiała jak idiota. W końcu ruszyłam się z miejsca, ale bardzo powoli i niepewnie.
Czy ja coś zrobiłam, że Zabini mówi mi 'cześć'? Może coś przeskrobałam? Cholera go wie.
Ruszyłam zatem na Wielką Salę. Wlazłam do pomieszczenia i usiadłam przy stole Puchonów. Tam zjadłam szybko obiad. Cedric patrzył na mnie tępo.
-Pali się? -Spytał wesoło.
Spojrzałam na wyjście i ujrzałam wychodzącego z Sali Liama.
-Tak -odparłam szybko i zerwałam się z miejsca. Zrobiłam to jednak za szybko i zahaczyłam nogą o ławkę co skutkowało głośnym hukiem o podłogę. Wstałam jednak szybko, otrzepałam się, oznajmiłam, że nic mi nie jest i poleciałam do wyjścia.
Rozejrzałam się po korytarzu i zauważyłam, że Liam kieruje się do lochów. Poszłam więc za nim z lekkim dystansem nadal kłócąc się ze zdrowym rozsądkiem.
-Ejj! -Burknęłam w końcu, a ten przystanął w miejscu i odwrócił się. Na jego twarzy zagościł chamski uśmieszek.
-Widzę, że się namyśliłaś. Bardzo dobrze, bo..
-Nie Liam. Nie wrócę do ciebie -przerwałam mu podchodząc odważnie do niego.
-Zatem czego chcesz? -Spytał lekko zdziwiony.
-Dlaczego rzuciłeś na Draco Imperiusa? -Spytałam prosto z mostu.
Liam spojrzał na mnie tępo.
-Słucham? -Zapytał.
-Dlaczego rzuciłeś na niego Imperiusa? -Powtórzyłam odważniej.
Ten uśmiechnął się chamsko i zbliżył się do mnie.
-Już rozumiem. Próbujesz zrzucić na mnie winę, bo nadal łudzisz się, że on cię kocha -zaśmiał się gładząc mnie po ramieniu.
Policzki mnie zapiekły z gniewu. Cofnęłam się szybko do tyłu, ale natrafiłam na ścianę.
-Nie drocz się ze mną, bo wiem, że to ty -warknęłam.
-Przyznaję: pomysł dobry, ale to nie ja -odparł spokojnie.
Spojrzałam na niego zdenerwowana. Mówił prawdę. To nie on.
Znam go dość dobrze i wiem kiedy mówi prawdę. Gdy kłamie uśmiecha się nieznacznie co go zdradza.
-Puść mnie -powiedziałam zrezygnowanym tonem głosu.
Ten zaśmiał się jedynie, ale nie ruszył się z miejsca. Szarpnęłam rękę, którą trzymał mocno. Nic z tego. Ten kolos miał żelazny uścisk. Spuściłam głowę czując się na straconej pozycji.
-Odsuń się od niej -usłyszałam jakiś głos po mojej prawej stronie.
Spojrzałam w tamtą stronę korytarza i ujrzałam... Zabiniego. Patrzył poirytowany na Liama.
Ten uśmiechnął się wrednie.
-Masz nowego wybawiciela -wyszeptał mi na ucho i odsunął się ode mnie z uniesionymi rękoma. Rzucił Blaise'owi piorunujące spojrzenie po czym ruszył korytarzem jakby nigdy nic. Zabini podszedł do mnie i dotknął mojego ramienia.
-W porządku? -Spytał troskliwie.
Pokiwałam tępo głową powstrzymując jakiekolwiek reakcje.
-Halo? -Zaniepokoił się moim dziwnym stanem.
Wbrew mojej woli łzy spłynęły po moich policzkach. Ślizgon przytulił mnie mocno.
-Już nie wiem co robić. To nie on rzucił Imperio na Draco. A co jeśli nikt mu nie kazał tego robić? -Wyjęczałam jednym tchem.
Ten niepewnie pogładził mnie po plecach. Przyklejona to jego klatki piersiowej poczułam jak ta unosi się nabierając powietrze, jakby chciał coś powiedzieć. Przez jakiś czas jego płuca były wypełnione świeżym tlenem, gdyż nie wypuszczał powietrza z nich.
-On.. On nie zrobił tego z własnej woli -powiedział w końcu.
Wyłoniłam lekko zaczerwienioną twarz i spojrzałam na niego.
-Skąd wiesz? -Spytałam cicho.
Ten westchnął spuszczając głowę.
-Bo... Bo... Bo to ja rzuciłem Imperio -wydukał cicho.
Odsunęłam się od niego nadal wgapiając się w Ślizgona tępo.
-Co? -Wymamrotałam zszokowana.
-No bo.. No bo podobasz mi się -wyjaśnił z wielkim trudem.- Wiedziałem, że z własnej woli nie rzucisz Draco, ani on ciebie..
Patrzyłam na niego otępiała.
Zabini... Blaise Zabini, który wcześniej wyzywał mnie od szlam, teraz mówi, że się we mnie zakochał...
-Przepraszam. Bardzo cię przepraszam Nie chciałem żebyś cierpiała. Głupio wyszło -mruknął cicho.
-Głupio wyszło? Na drugi raz pomyśl -ryknęłam na niego po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam korytarzem ku Pokojowi Wspólnemu Puchonów.
Bez sensu. Liam w Hogwarcie, pocałunek Draco i Pansy, zakochany we mnie Zabini, ojciec pragnący mojej śmierci. Czuję się jak w jakimś koszmarze, z którego chcę się jak najszybciej obudzić.
Wtem usłyszałam jakiś huk za moimi plecami. Gdy się odwróciłam ujrzałam jedynie dwie czarne postacie w białych maskach, które wtargnęły do zamku przez dziurę w ścianie. W sumie to tyle, gdyż przed oczami pojawiły się mroczki, po chwili ogarnęła mnie ciemność, czyli jednym słowem film mi się urwał...





____________________________________________________________
W ciul mi się nie podoba ten rozdział -,-
Chyba widać moją desperację... WENO! Cholero jedna. Wróć! T.T
No nic. Mam dla Was nową wieść. Azaliż moje słońce założyło bloga ^^
Chłopaczyna pisze o Doctor'ze Who, ale zachęcam wszystkich, bo ma talent :3
http://doctor-who-jack-tatia.blogspot.com/
~Tina

wtorek, 29 października 2013

32 rozdział "Jakąś minutę, dwie. Ewentualnie pięć."

Draco upadł na podłogę i zaczął wić się na ziemi z bólu.
-Przestań -jęknęłam próbując sięgnąć ręką do jego różdżki.
-Bądź ze mną -warknął.
-Nie -odparłam i wbiłam mi paznokcie w ręką, którą mnie trzymał. Bez problemu przebiłam mu skórę, a z powstałych ran trysnęła krew.
Liam syknął z bólu i puścił mnie. Od razu wyciągnęłam rękę do jego różdżki. Szybko wytrąciłam ją, a kij potoczył się przez dormitorium.
-Wyjdź stąd! -Krzyknęłam na niego, a ten obrzucił mnie nienawistnym spojrzeniem.- Teraz, albo wydłubię ci oczy...
-Wiesz co go czeka -burknął i wyciągnął rękę do różdżki.- Accio -mruknął wciąż patrząc na mnie. Gdy jego magiczny kij wylądował w jego dłoni ruszył do drzwi.
Spojrzałam za wychodzącym Liamem, ale ujrzałam tylko zamykające się drzwi. Wtem usłyszałam cichy jęk i gdy spojrzałam na Draco ten próbował się podnieść z podłogi. Uklękłam przy nim i pomogłam mu.  Malfoy spojrzał na mnie zdziwiony.
-W porządku? -Mruknęłam, ale pomimo tego co ustaliłam z Carmen i tak żywiłam do niego urazę.
-Tak. Nic ci nie zrobił? -Spytał gładząc mnie po policzku zginając się lekko w pół.
Zabrałam jego dłoń i pokiwałam głową.
-To.. Dobrze -wymamrotał zmieszany.
Pokiwałam głową niezbyt wiedząc co teraz zrobić po czym szybko się odwróciłam i ruszyłam do drzwi.
-Tatia.. -usłyszałam za sobą więc przystanęłam i spojrzałam na niego.- Przepraszam -powiedział patrząc mi w oczy.
Patrzyłam na niego tępo przez chwilę po czym ponownie się odwróciłam i szybko wyszłam z jego dormitorium. Następnie pognałam na dół i wyleciałam z Pokoju Wspólnego Ślizgonów jak piorun.
Kompletnie nie wiedziałam co o tym myśleć. Ten karze mi ze sobą być, tamten przeprasza że pocałował inną, a tamta namawia mnie do rozmowy z tamtym. Nie pojmuję co się dookoła mnie dzieje i chyba to mnie najbardziej przeraża.
**Następnego dnia**
Tym razem obudziłam się dosyć wcześnie, a dokładniej mówiąc to wstałam równo z Suzan. Zerwałyśmy się z łóżek, zebrałyśmy i pognałyśmy razem na Wielką Salę. Po drodze spotkałyśmy Rose i Carmen zatem przyłączyłyśmy się do nich.
-Cześć -powiedziały równocześnie roześmiane przyjaciółki.
-Jak tam? -Spytała z uśmiechem Su.
-Po staremu w sumie -odparła Gryffonka.
-A co tam u ciebie i George'a? -Spytałam spojrzawszy na Rose.
-W porządku -odparła z uśmiechem Martin.
-Patrząc na was wnioskuję, że jesteście szczęśliwi -dodałam.
-Bardzo -zaśmiała się.- Szczególnie, gdy rano zrzuca mnie z łóżka.
Zaśmiałam się jedynie i doszłyśmy do Wielkiej Sali. Przy stole Ślizgonów zauważyłam Liama żywo rozmawiającego z jakąś blondynką. Draco tam nie było.
-Malfoy jest w Skrzydle -powiedziała mi Carmen widząc moje zamyślenie.- To... Przez Liama, prawda? -Spytała cicho.
Pokiwałam jedynie głową patrząc na bruneta z nienawiścią. Tak bardzo chciałabym podejść do niego i przypierdzielić mu w twarz...
Nagle w moich oczach zalśniły łzy. Zawsze się tak dzieje gdy jestem mocno zdenerwowana.
Ruszyłam rozwścieczona w stronę stołu ślizgońskiego. Uczniowie domu węża rozmawiali wesoło, a ja podeszłam do nich jak burza. Stanęłam wprost za Liamem, który niczego nieświadomy rozmawiał z jakąś Ślizgonką. Postukałam go zniecierpliwiona w ramię. Gdy tylko ten się odwrócił z całej siły zdzieliłam go w twarz. Wraz z dźwiękiem zetknięcia się mojej otwartej dłoni z jego policzkiem poczułam jak pewien fragment buzujących we mnie uczuć ulatnia się. 
-Tak bardzo cię nienawidzę -krzyknęłam mu prosto w otępiałą twarz.
W Sali panowała cisza. Nikt mnie nie powstrzymywał, nikt się nie odzywał. Jakby ich tam nie było, choć ciągle czułam dziesiątki oczu wlepionych we mnie ze zdumienia.
 Rose złapała mnie za dłoń, a Carmen spojrzała na mnie tępo, gdy Krukonka utrudniała mi podejście do Liama.
Kuźwa, moja wyobraźnia znów pracuje na najwyższych obrotach. Identycznie było gdy jeszcze byłam z tym zielonookim kretynem. Dziwne zjawisko, ale jakże dające lekki upust emocjom. Pomijając fakt, że zacinam się na jakąś minutę, dwie. Ewentualnie pięć.
-Tatia? -Mruknęła cicho Rose, a ja spojrzałam na nią tępo, wybita z zamyślenia.
-Nie tutaj -powiedziała spokojnie Black.
Skierowałam wzrok na Gryffonkę i powoli pokiwałam głową niezbyt ogarniając całą sytuację.
-Masz się bronić sieroto, ale nie pchać się w niepotrzebne konflikty, bo to nigdy nie kończy się zbyt dobrze -dodała, a ja słyszałam ją jakby z oddali.
Ponownie pokiwałam głową jeszcze trawiąc co do mnie powiedziała dziewczyna, następnie niczym nachlana panda ruszyłam do stołu Puchonów. Usiadłam obok Suzan, która najwidoczniej już od dawna tam siedziała znudzona moją schizą. Gdy tylko zajęłam miejsce, Puchonka podsunęła mi talerz z jedzeniem. Spojrzałam jedynie na parujący makaron po czym, ku zdziwieniu moim, Suzan i wszystkich w sumie, odsunęłam talerz.
Nie mogłam nic przełknąć. Nie jestem w stanie trzeźwo myśleć choć się staram. Mam chwile, że zachowuję się normalnie, ale miejscami po mojej głowie kołaczą się strzępki informacji, aż za chwilę normalny ciąg zdarzeń. To jest co najmniej dziwne.
Wstałam z miejsca i ruszyłam do wyjścia po czym skierowałam swoje kroku ku Skrzydłu.
-Tatia! -usłyszałam głos za mną.
Gdy odwróciłam się ujrzałam Quercy'iego. Szedł w moją stronę pospiesznym krokiem i ze zmartwioną miną. Zdziwiło mnie jedynie to, iż pałęta się po szkole w swojej normalnej postaci.
Brat w końcu mnie dogonił.
-Słucham?
-Mam nadzieję, że nie idziesz do Draco -mruknął cicho.
-Właśnie tam zmierzam -odparłam powoli nie pojmując o co mu chodzi.
-Zatem zawróć -powiedział stanowczo.
-Dlaczego?
-Malfoy to nieodpowiednie towarzystwo dla ciebie -rzekł poważnym tonem Quer.
-Ale przecież sam mówiłeś...
-Tak, ale nie wiedziałem, ze to zajdzie tak daleko.
Patrzyłam tępo na brata wyłapując każde słowo i analizując je dogłębnie nie mogąc uwierzyć, że to mówi mój własny brat, który jakiś miesiąc temu cieszył się razem ze mną tym, iż zakochałam się w Draco. Porównując to co mówił kiedyś, a to co teraz wydaje się to absurdalne. Słuchałam go zatem tępo, jak objaśniał mi jak powinnam z nim zerwać.
-Nie zrobię tego! -Krzyknęłam lekko rozstrojona i poleciałam w stronę Skrzydła Szpitalnego.
Co ja robię? Co ja robię? Miesza mi się w głowie... Tak. Właśnie przed sekundą wydarłam się na brata, który (tak mi się wydaje) pytał czy makaron był zjadliwy, bo ma problemy z żołądkiem.
No nic. Da radę z moim uroczym określeniem 'Nie zrobię tego' na zakończenie rozmowy.
Weszłam do Skrzydła i rozejrzałam się po pustych łóżkach. Tylko jedno było zajęte, a na białej poduszce spał tleniony łeb...



____________________________________________________________
Zatem kolejny :3
Postaram się dodawać częściej choć niczego nie obiecuję, bo tyle mam nauki, że zastanawiam się nad spakowaniem i zamieszkaniem w dżungli niczym Tarzan -,-
No nieważne. 
Planowałam ten blog na 40 rozdziałów i teraz jestem w kropce. Czy mam kończyć na tym 40. rozdziale, czy ciągnąć to dalej? Zależy mi na Waszej opinii, bo nie wiem czy mam już wprowadzać te schizowe sceny zmierzające ku końcowi :3
Piszcie komentarze, kocham Was, całusy itp., itd. ^^
~T

wtorek, 22 października 2013

Konkurs :3

Hej misie :)
Oto wesoła nowina ^^
Mój blog został nominowany do pewnego konkursu, w którym liczą się głosy czytelników.
Zatem uważasz, że mój blog zasługuje przynajmniej na 3 liche głosy to pisz komentarz tu: blogowe-hity.blogspot.com
Z góry dziękuję ;***
~T

środa, 16 października 2013

31 rozdział "Twoja kolej"

Stanęłam jak wryta patrząc na Draco, który siedział wraz z Pansy na ławce. Niby nic, ale zważając na fakt, że siedzieli wtuleni w siebie, a przed sekundą byłam świadkiem jak oboje zetknęli się ustami, to nie była zbyt w porządku. Tleniony pogładził Ślizgonkę po policzku z błogim uśmiechem. Kolejna łza spłynęła po moim policzku. Wtem głowa Malfoy'a odwróciła się w moją stronę a nasze spojrzenia się spotkały. Draco w moment zbladł, a ja gapiłam się na niego tępo.
-Co ty do cholery robisz? -Wyjąkałam nie mogąc  nic innego z siebie wydusić.
Draco otworzył usta, ale nie odezwał się, bo go widocznie zatkało.
-Tatia -wydukał.
Pokręciłam głową wycofując się. Ten wstał, a ja zaczęłam biec w przeciwną stronę.
-Tatia! To nie tak -wydukał za mną Draco, ale już go nie słuchałam.
To cholernie boli. Łzy nadal spływały po moich policzkach. Ciągle zamydlał mi oczy tym, że mnie kocha i jak mu na mnie zależy, a pod moją nieobecność obściskiwał się z innymi Ślizgonkami. Ale dlaczego? Czy Malfoy jest aż takim dobrym aktorem, żeby tak mnie oszukać?
Wbiegłam do jakiejś klasy i zamknęłam za sobą drzwi po czym zsunęłam się na podłogę i zakryłam twarz dłońmi.
**nieco później. perspektywa Draco**
Chodziłem  dookoła dormitorium nie mogąc zebrać myśli.
Jak mogłem to zrobić? Jakim cudem całowałem się z Pansy zapominając kompletnie o Tatii? I że ona jeszcze to widziała. Chyba nigdy nie zapomnę tego wyrazu twarzy. Patrzyła na mnie mocno zdziwiona, ale w jej oczach ujrzałem ból. Ostatecznym dowodem tego były łzy, które ściekały po jej policzkach... No a czego się kurwa spodziewałeś? Kwiatów z gratulacjami mi chyba nie przyniesie.
Wtem rozległo się pukanie. Spojrzałem na otwierające się drzwi, a pojawił się w nich... Liam.
-Co ty tu robisz? -Spytałem zdziwiony.
Ten zacmokał, kręcąc głową.
-Nie ładnie potraktowałeś Tatię -stwierdził opierając się o ścianę z zaplecionymi rękoma na piersiach.
-To nie twoja sprawa -warknąłem.
-W sumie to moja, bo ja też jestem jej byłym... Do czasu -dodał z wrednym uśmieszkiem.
-Nie jestem jej byłym.
-Już tak -prychnął i ruszył do drzwi.
-Co robisz w Hogwarcie? -Spytałem za nim.
Ten odwrócił się i spojrzał na mnie z uśmiechem po czym rozłożył ręce z widoczną satysfakcją.
-Jak to co? To szkoła -powiedział i otworzył drzwi.- Uczę się -dodał i wyszedł, lecz zderzył się z Zabinim.
-Blaise, tak? Miło mi -mruknął i zniknął.
Ślizgon spojrzał na mnie tępo.
-Jest źle -stwierdziłem cicho.
-Kto to był?
-Liam -odparłem siadając tępo na łóżku.- Były Tatii. Jeżeli on tu jest to na pewno szykuje coś złego.
Zabini pokiwał głową i zaczął szukać jakiejś książki. Wtem spojrzał na mnie.
-Co ci? -Spytał wyrywając mnie z zamyślenia.
-Zjebałem -jęknąłem.- Zjebałem na całej linii. Nie wiem jak Tatia mi wybaczy -wyżaliłem się nie mogąc już wytrzymać.
-Ta akcja z Pansy? -Spytał i pokręcił głową.- Spartaczyłeś -przyznał.
-Dzięki. Zawsze można na ciebie liczyć -burknąłem, a Ślizgona wrócił do szukania książki.
Wtem wygrzebał coś, uśmiechnął się do okładki i ruszył do drzwi.
-Połamania nóg -powiedział i zniknął.
*perspektywa Tatii*
Był wieczór i wszyscy gromadzili się na Wielką Salę. Dumbledore wygłosił krótką mowę, wspomniał o kilku nowych uczniach i zaprosił wszystkich do jedzenia. Niezbyt go słuchałam, bo ciągle analizowałam co zdarzyło się zaledwie kilka godzin wcześniej.
Odwróciłam się jedynie i spojrzałam na stół ślizgońki. Ujrzałam Draco, który wpatrywał się we mnie. Prychnęłam i spojrzałam na pusty talerz.
Uczniowie zaczęli jeść w ogólnym gwarze i śmiechach. Cedric spojrzał na mnie zdziwiony.
-Co się stało? -Spytał gładząc mnie po ramieniu.
-Cedric.. Nie teraz -poprosiłam słabym głosem, w którym bez wątpienia słuchać było wylane przedtem łzy.
Ten uszanował moją niechęć do rozmowy. Objął mnie ramieniem, pocałował w czubek głowy i zajął się rozmową z osobą siedzącą po jego lewej stronie.
Nie miałam za bardzo chęci do siedzenia tam więc wstałam i odwróciłam się. Ujrzałam jednak czyjąś zgrabną klatkę piersiową, zakrytą granatową bluzą. Spojrzałam w górę i ujrzałam zielone oczy.
-Liam -wybełkotałam zdumiona.- Co ty tu robisz?
-To samo co ty- uczęszczam do szkoły -odparł z przebiegłym uśmiechem, który znam bardzo dobrze.
-Nie zgrywaj się -burknęłam, a wszystkie oczy w Sali były już wlepione w nas.
-Przecież wiesz, że nadal cię kocham i zrobię dla ciebie wszystko. Dlatego porzuciłem swoje plany i zapisałem się do Hogwartu -powiedział czule i ujął moje ramiona delikatnie.- Chciałem spędzać z tobą więcej czasu -dodał ciszej.
Patrzyłam na niego lekko zaskoczona. Czy to ma sens? Czy on na prawdę się zmienił?
Szybko jednak dostałam odpowiedź. Liam bowiem prychnął śmiechem, który w tym momencie był jedynym słyszalnym dźwiękiem w pomieszczeniu.
Spojrzałam na niego próbując zachować spokój, ale w środku wszystko buzowało. Była zła, przestraszona, to zbita i to wszystko na raz w tym niskim ciałku.  Nie miałam bowiem pojęcia co ta parówka, znana również jako Liam, wymyśliła.
-Podobno Draco zachował się okropnie wobec ciebie -powiedział, a wraz z tymi słowami spojrzałam na Malfoy'a. Tleniony spuścił głowę, gdyż pół Wielkiej Sali wlepiało w niego oczy.- To kolejny pretekst, że nie powinnaś z nim być.
Spuściłam wzrok, a w mojej głowie nadal panował mętlik.
-Wróć do mnie -wyszeptał. Nie powiedział jednak tego z czułością, czy prośbą. Ona raczej nalegał, a trafniejszym określeniem byłoby, że żądał tego.
Spojrzałam na niego rozeźlona.
-Nie -warknęłam i ku zdziwieniu wszystkich po prostu wyszłam z sali.
**Następnego dnia**
Obudziłam się trochę późno, zważając że mamy poniedziałek, a na pierwszej lekcji mam OPCM. Gdy rozejrzałam się po dormitorium spostrzegłam, że wszystkie łóżka były pusta. Oznaczało to iż moje kochane współlokatorki zostawiły mnie na pastwę mojego braku budzika i udały się na śniadanie.  Wstałam więc szybko, umyłam się, ubrałam, zarzuciłam na siebie szatę i z torbą przewieszoną przez ramię wyszłam z pokoju po drodze robiąc sobie koka na czubku głowy. Pokój Wspólny był również pusty zatem przyspieszyłam kroku i pognałam na Salę. Gdy tylko przekroczyłam róg pomieszczenia, gwar ustał, a wszystkie głowy odwróciły się w moją stronę. Zwolniłam kroku patrząc na nich podejrzliwie.
-Swojego życia nie macie? -Spytałam spokojnie, a ciekawscy uczniowie zajęli się własnymi sprawami. Prychnęłam i usiadłam wśród Puchonów. szybko zjadłam i gdy śmiałam się z żartu Cedrica poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Gdy spojrzałam na jej właściciela, a raczej właścicielkę, spostrzegłam Mopsicę.
-Tatia -zaczęła współczującym tonem.- Wiem, że ci ciężko, ale..
-Pansy, odejdź stąd, albo dostaniesz w pysk -powiedziałam słodko, a ta spojrzała na mnie zdziwiona po czym patrząc na mnie tępo odeszła powolnym krokiem.
Uśmiechnęłam się z dumą po czym zebrałam się i pognałam pod salę do OPCM'u.
Po rozlegnięciu się dzwonu drzwi otworzyły się i Gryffoni wraz z Puchonami wpakowali się do sali. Przy tablicy stał "pan Sean", a wszystkie ławki zniknęły.
-Stańcie w półkolu -zalecił profesor, a wszyscy to uczynili. Ten zaczął nam opowiadać o obronie  przed innym czarodziejem. Głównie skupił się na zaklęciu Drętwota i to było naszym zadaniem.- Wszyscy wiedzą co robić? To do dzieła.
Każdy dobrał się w pary. Ja byłam z Carmen, gdyż ukochana Su poleciała do kogoś innego. Lecz nie narzekam.
-Umiesz? -Spytała Gryffonka wskazując na machających bez sensu różdżkami uczniów.
-Tak, a ty? -Zapytałam z uśmiechem, a ta pokiwała głową.
-Jak było u ciotki? -Spytała wesoło.
-W porządku. Nauczyli mnie tam zaklęć, nauczyli mnie pić, zadrapał mnie wilkołak, wiem już co się stało z moją mamą i  mam popierniczonego ojca -odparłam spokojnie.
-Nie ty jedna -odparła z lekkim uśmiechem Black.- Aaa... Co z Draco? -Spytała kręcąc różdżką w dłoniach.
Westchnęłam jedynie spuszczając lekko głowę.
-Wiesz co ci powiem? Coś tu jest nie tak -stwierdziła Gryffonka, a ja spojrzałam na nią.- Taaaak. Faktem jest, że początkowo nie była fanką waszego związku, bo znam ten tleniony łeb aż za dobrze i wiem jaki potrafi być. Ale widząc was razem już wiem, że Malfoy kocha cię najbardziej na świecie.
-Gdyby tak było to nie całowałby się z Pansy...
-Tak, ale ja widzę jak na ciebie patrzy, jak o tobie mówi i jak się zachowuje w twojej obecności. Draco ma swoje dwie strony i znam je obie bardzo dobrze. Dla tych których kocha i dużo dla niego znaczą jest całkiem inną osobą niż dla tych zwykłych mugolaków -powiedziała patrząc mi w oczy.
Spojrzałam na nią tępo próbując poukładać sobie to co właśnie usłyszałam.
-Chodzi mi o to, że Draco nie pocałował Mopsicy z własnej woli -powiedziała chyba najprościej jak mogła.
-Myślisz o... -urwałam zszokowana jej tokiem myślenia.
-Imperiusie -dokończyła cicho.
-Ale kto? -Spytałam, lecz natychmiast sobie odpowiedziała na to pytanie.- Liam...
-To moja teoria. Porozmawiaj z tlenionym durniem -poradziła po czym wymierzyła we mnie różdżką.- Broń się -zaśmiała się po czym rzuciła w moją stronę Drętwotę.
Szybko odbiłam zaklęcie, które trafiło w Harry'ego. Po chwili Carmen wypowiedziała więcej zaklęć, które również odtrąciłam, a większość trafiła w uczniów.
-Dziewczyny -zaśmiał się Quercy.- Mieliśmy ćwiczyć Drętwotę. Opanujcie się, bo powybijacie połowę klasy.
Zaśmiałyśmy się jedynie i przeprosiłyśmy poszkodowanych.

***
Po wszystkich zajęciach siedziałam w dormitorium i odrabiałam pracę domową. Wtem coś zastukało w szybę. Gdy spojrzałam na okno ujrzałam brązową sowę, a w dziobie trzymała czerwoną różę. Lekko zdziwiona podeszłam do okna i wpuściłam 'ptactwo'. Sowa zrzuciła na moje dłonie kwiatka po czym wyleciała z dormitorium.
Spojrzałam na różę z delikatnym uśmiechem i powąchałam ją. Uwielbiam róże. Zamknęłam okno zastanawiając się od kogo może ona być. Postanawiając, że nie mam pojęcia i dość mało mnie to interesuje, wróciłam do zadań.
Jakiś kwadrans później usłyszałam ten sam stukot. Gdy odwróciłam się ujrzałam identycznego ptaka co 15 minut temu. Tym razem w dziobie miała dwie róże. Z uśmiechem podbiegłam do okna. Sowa zrobiła to samo co wcześniej i zniknęła za oknem.
Kto może mi wysyłać kwiatki? Może  to być Draco, ale nie jestem, pewna czy w ramach przeprosin byłby tak 'oryginalny'... Liam? już na wstępie 'nie'. On nie jest nawet odrobinę romantyczny. Nie jestem pewna czy on wie w ogóle co to bukiet...
Widocznie tu w spokoju nie odrobię zadań. Zebrałam zatem księgi i ruszyłam obładowana w stronę drzwi. Gdy sięgnęłam do klamki drzwi same się otworzyły, a stanął w nich Liam ze swoim wrednym uśmiechem.
-No cześć -zaśmiał się, a gdy poirytowana chciałam go ominąć, chłopak złapał mnie mocno za ramiona tak, że upuściłam książki. Spojrzał na mnie lekko poddenerwowany po czym wepchnął mnie do dormitorium, a nogą zamknął drzwi.- Nigdzie nie idziesz słoneczko.
-Czego znowu ode mnie chcesz? -Spytałam niby odważnie, ale w rzeczywistości bałam się jak cholera.
-Tego co zawsze -odparł spokojnie.
-Liam, nie mam ochoty patrzeć na twoją szpetną buźkę -burknęłam, a gdy chciałam się oswobodzić ten mocniej ścisnął moje ramiona.
-Dobrze. Próbowałem po dobroci, ale nie dajesz mi szansy -warknął.
-Nie rozumiesz, że nie chcę z tobą być!?
Liam puścił mnie, ale chwilę później jego otwarta dłoń powędrowała do moje policzka. W moment zaszczypało, a owe miejsce zrobiło się czerwone. Moja głowa odskoczyła na bok.
Na brodę Merlina... Jak ja go nienawidzę...
Zamknęłam oczy powstrzymując jakiekolwiek reakcje, bo w środku mnie wszystko buzowało. Ten ujął moją brodę i zmusił, żebym na niego spojrzała.
-Będziesz ze mną, ale Draco nie dożyje następnego dnia -wycedził wściekły przez zęby.- Rozumiesz? -Syknął.
Ja nadal się nie odzywałam. Patrzyłam jedynie na niego z nienawiścią.
-Idziemy -warknął i łapiąc mnie za włosy zaczął tachać do drzwi.
Z cichym jękiem ruszyłam za nim. Ten zszedł na dół i automatycznie wchodząc do Pokoju Wspólnego puścił moje włosy, a chwycił ramię żelaznym uściskiem. Dalej ruszył do obrazu, następnie zszedł do lochów, wymówił hasło do Pokoju ślizgońskiego i wszedł tam.
Już wiedziałam co się święci zatem zaczęłam stawiać opór zapierając się nogami. Ten zaśmiał się łapiąc mnie ponownie za włosy i targając przez Pokój.
-Nie -jęknęłam cicho.
Liam wlazł na górę po czym wdarł się do dormitorium Draco. Tleniony siedział na łóżku i czytał książkę, a Zabini stanął w bezruchu zszokowany wizytą. Draci spojrzał na nas zdziwiony.
-Co ty tu... -wymamrotał po czym spojrzał na mnie.- Puść ją -warknął wojowniczo, wstając z łóżka.
-Tak, tak. Najpierw ty -mruknął zielonooki spojrzawszy na Blaise'a. Wymierzył w niego uprzednio wyjętą z kieszeni różdżką.- Drętwota. 
Zabini padł bezwładnie na podłogę, a Liam spojrzał na Draco.
-Twoja kolej -mruknął.
Lecz nim Malfoy wyjął różdżkę, Liam powiedział:
-Crucio. 


____________________________________________________________
Może troszeczkę brutalny rozdział, ale muszę trochę akcji wprowadzić :3
Piszcie komentarze, bo są dla mnie ważne ^^
A! I z góry przepraszam za błęby, ale nie sprawdzałam teraz, gdyż pisałam 'na łeb na szyję' :3
~T

wtorek, 1 października 2013

30 rozdział "Znów czas na męki z małym gówniarzem."

Weszłam na schody i już pędziłam na dół,  a w mojej głowie układały się najczarniejsze scenariusze.  No bo co będzie jeśli Liam stoi na środku salonu z zakrwawionym nożem w ręku!? Albo mój ojciec mnie odnalazł i teraz stoi zs rogiem,  przyklejony do ściany, a za zakładnika ma Stephanie?  A co będzie jeśli W salonie stoi Quercy z wycelowaną różdżką w Stephanie i grozi jej śmiercią jeśli nie odda mnie ojcu,  by ten cyrk w końcu się skończył!?
Przystanęłam na ostatnim schodku zdumiona własną wyobraźnią. Powinnam pisać książki,  gdzie wyleję swoje czarne scenariusze nim w mojej głowie zapanuje taki haos,  że zacznę podejrzewać każdego o zbronię najgorszego kadru.  Jak Szałonooki Moody.
Zaśmiałam się nad perspektywą aurora i kręcąc głową z politowaniem, zeszłam na dół. Gdy znalazłam się w tym samym pomieszczeniu co moja ciotka,  ta spojrzała na mnie tępo po czym wręczyła mi kremową kopertę. Przyjrzałam się niej i okazało się, że w rogu widniało imię: Liam.
Spojrzałam otępiała na Steph, a ta uniosła ręce w geście niewinności i powiedziała:
-Nie czytałam.
Po czym wyszła pozostawiając mnie samą  wraz z listem.
Wgapiając się w kopertę ruszyłam do kanapy.  Po drodze potknęłam się o własną miotłę,  która leżała bez celu na podłodze.  Nic sobie nie zrobiłam z prawie utraconych jedynek z powodu zderzenia z komodą i usiadłam na kanapie.  Przez chwilę wgapiałam się tępo w papier, zastanawiając się czy otworzyć czy nie.  W końcu wzięłam wdech i rozdarłam papieru.  W środku (jak to w prawie każdej kopercie) znajdował się pergamin złożony na 3 razy. Rozłożyłam go wzrokiem po piśmie.  Tak,  to bazgroły Liama.  Westchnęłam tylko i zaczęłam czytać.
"Tatio.
Proszę cię tylko o jedno: przeczytaj ten list do końca. Napisałem go, dlatego, że chcę ci wyznać całą prawdę. Gdy rozmawialiśmy nie było takiej sposobności, gdyż za każdym razem gdy chciałem z tobą porozmawiać na poważnie, ty uciekałaś od tematu. Postanowiłem więc rano zostawić list pod drzwiami. Mam nadzieję, że znajdziesz czas, by go odczytać.
Zatem wiem, że skrzywdziłem cię i trudno ci teraz na mnie patrzeć, ale prawda jest taka, że żałuję. Najbardziej na świecie i z całego serca. Zapewne teraz prychnęłaś śmiechem. Tak, znam cię bardzo dobrze i nawet w tym momencie gdy to piszę słyszę w głowie twój śmiech. Zapamiętałem go jak dźwięk brzęczenia Nutelli w reklamówce twojej mamy, gdy przychodziła ze sklepu. Pamiętasz? Jak czekaliśmy na nią, żeby ukraść słoik, zaszyć się w labiryncie i jeść ją oglądając kwitnące róże? Pamiętasz? Bo ja nie mogę zapomnieć.
Pewnie zastanawiasz się dlaczego zrobiłem to co zrobiłem. Prawda jest taka, że się bałem. Bałem się, że zostawisz mnie dla innego. Dla przystojniejszego, zabawniejszego, inteligentniejszego. Wiem, że było to mało myślne i głupie, ale teraz mam okropne wyrzuty sumienia, gdy tylko idę spać, idę jeść, cokolwiek robię. Wiem również, że zwykłe przepraszam ci nie wystarczy, ale zrozum, że żałuję, Gdyby był jakiś sposób na to byś mi wybaczyła tylko powiedz. Zrobię wszystko.
Gdy zobaczyłem cię z Malfoy'em w tej restauracji zawrzało we mnie. Wkurzyłem się, że po tym wszystkim co nas łączyło możesz być z kimś innym. Tak, poniosło mnie, ale przyczyna jest prosta. Nadal cię kocham i nie mogę sobie wyobrazić, że będziesz z kimś innym.
Zatem weź to pod uwagę, proszę.

Liam."

Spojrzałam znad listu na kominek i zmrużyłam oczy będąc w kompletnym rozpierniczu emocjonalnym. Położyłam delikatnie kartkę na stole i tępo spojrzałam przed siebie.
I co ja do cholery mam poczuć? Buchającą miłość aż do usrania? A może mam do niego polecieć i stawić się klęczącą na kolanach, z bukietem w ręku i z plikiem kartek przeprosinowych do wyboru?
Prychnęłam jedynie po czym wstałam i poszłam na górę starając się nie myśleć o żałosnym liście z przeprosinami a'la Stephanie z młodszych lat jak mniemam. 
Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko z mętlikiem w głowie
**kilka dni później**
Stałam na środku pokoju otoczona kufrem, miotłą i klatką z Harmoo w środku i czekałam na jakikolwiek sygnał Stephanie, że możemy już iść. Byłam zmuszona czekać u siebie, bo za bardzo zdenerwowałam ciotkę ciągłymi pytaniami typu "kiedy jedziemy?", "czy już mogę wychodzić?" lub "kiedy jemy?". Kazała mi zatem siedzieć cicho w pokoju i czekać na nią. Tak więc zrobiłam to i cała w skowronkach stałam jak idiota na środku pokoju.
Wtem usłyszałam nasilający się dźwięk kroków. Uśmiechnęłam się szeroko widząc poruszającą się klamkę. Złapałam za klatkę, a sówka w środku zahukała radośnie... Albo był do dźwięk niezadowolenia przez szarpnięcie jej 'domostwem'... W pokoju pojawiła się Stephanie z delikatnym uśmiechem.
-Możemy iść -oznajmiła, a ja łapiąc za miotłę ruszyłam dziarskim krokiem w stronę drzwi. Ciotka za pomocą magii uniosła kufer i poszła za mną. 
Zbiegłam na dół i stanęłam z uśmiechem w salonie czekając na ciotkę. Ta po chwili również pojawiła się w pomieszczeniu. Uśmiechnęła się do mnie i podeszła do kominka. Z miedzianego pojemniczka wzięła garść proszka Fiuu i wsypała go do ognia.
-Proszę i zapraszam -powiedziała wesoło, wskazując na zielony ogień.
Podeszłam tam i wlazłam do kominka.
-Hogwart -oznajmiłam wyraźnie i po chwili znalazłam się w znajomym mi gabinecie profesora Dumbledore'a.
Albus siedział za biurkiem i bazgrolił coś po pergaminie, a obok jego notującej dłoni parowała herbatka. Gdy pojawiłam się w kominku ten spojrzał na mnie i uśmiechnął się radośnie.
-Tatiana, jak miło cię widzieć -oznajmił wstając.
-Dzień dobry panie profesorze -uśmiechnęłam się i weszłam do środka uprzednio strzepując sadzę z ubrań.
Wtem, tam gdzie stałam przed dwoma sekundami, pojawiła się ciotka.
-Jest i Stephanie -zaśmiał się jak zwykle pogodny Dumbledore.
Ta uśmiechnęła się do niego i weszła do środka.
-Nie ma tak dobrze i urlop się skończył. Znów czas na męki z małym gówniarzem -oznajmiła Steph burząc moją niezbyt misternie ułożoną fryzurę.
Albus zaśmiał się i wskazał krzesło ciotce. Ta usiadła na nim i jakby wprawiona w tym wszystkim, podpisała jakieś papierki po czym wstała i podeszła do mnie z uśmiechem.
-Ucz się pilnie, bla bla, nie połam się, nie przesadzaj z Nutellą, bo ci pryszcze wyskoczą i uważaj na żebra -powiedziała przytulając mnie.
-Ja również cię kocham -zaśmiałam się i odsunęłyśmy się. Spojrzałam Stephanie w oczy.- Dziękuję. Dziękuję za ochronę, poświęcenie i czas -wygłosiłam niczym filozof.
Ta zaśmiała się i znów zburzyła moją fryzurę.
-Miło było trzymać takiego gnojka pod dachem -zaśmiała się i ruszyła do kominka.- Powodzenia -rzuciła patrząc na mnie.
-Dzięki i wzajemnie -odparłam, a ta pożegnawszy się z dyrektorem zniknęła.
Dumbledore spojrzał na mnie z uśmiechem.
-Możesz rozejrzeć się po szkole. Twoje rzeczy będą czekać w twoim starym dormitorium -rzekł staruszek.
-Dziękuję -odparłam wesoło i ruszyłam do wyjścia. 
Zeszłam po spiralnych schodach i wyszłam na korytarz. Był prawie pusty. Jedynie kilkoro uczniów pałętało się po korytarzach powtarzając zawzięcie formułki na eliksiry. Z uśmiechem ruszyłam na dziedziniec. Po drodze jednak minęłam Cedrica, który z początku uśmiechnął się do mnie, jak zwykle, ale w końcu przystanął ogarniając co się właściwie stało.
-Tatia! -Zawył z uciechy i przytulił mnie mocno.
-Cześć -zaśmiałam się bujając się w Puchonem w lewo i prawo.
-W końcu -prychnął.- Brakowało nam ciebie -oznajmił Diggory.
-Miło mi to słyszeć -odparłam wesoło. Ten pokiwał głową i puścił mnie.
-A teraz wybaczysz? Lecę do Cho.
-Coś się kroi? -Spytałam, a ten ponownie pokiwał głową i ruszył korytarzem. Odwrócił się jeszcze i pomachał mi ręką. Odwzajemniłam gest i ruszyłam w przeciwną stronę.
Polazłam w stronę Dziedzińca i stając w jednych z 'okien' ujrzałam tleniony łeb siedzący na ławce. Uśmiechnęłam się wesoło, ale ten uśmieszek szybko zszedł mi z twarzy, gdy przyjrzałam się temu obrazkowi. Pojedyncza łza spłynęła po moim policzku zostawiając po sobie mokry ślad.




____________________________________________________________
Taa daaa. Jest rozdział? Jest. Kto miał racje? Ja miałam :3 Pomijając fakt, że wczoraj upłynął równiutki miesiąc jak nie dodawałam rozdziału, ale to już nieważne szczegóły.
Dobra. Muszę Was przeprosić za moją długą nieobecność, ale rok szkolny się zaczął, a wraz zanim harówka jakiej nigdy dotąd w szkole nie doświadczyłam. Taaa. Tak mi się zdaje, że zapisanie się na 3 konkursy to nie był dobry pomysł.. Ale ciul z tym ^^
Piszcie komentarze i pamiętajcie, że kocham Was miśki ;*
~T

piątek, 30 sierpnia 2013

29 rozdział "Proszę, rozwiń swoje skróty myślowe."

Usiadłem na łóżku Carmen, a ta zabrała jakąś podkoszulkę i ruszyła do łazienki, by prawdopodobnie się przebrać. Spojrzałem za nią i ujrzałem tylko zamykające się drzwi. Westchnąłem cicho i zerknąłem na jej szafkę nocną, na której sterczały dwie książki. Sięgnąłem po tą z wierzchu i zrozumiałem, że musi to być mugolski gniot. Gdy otworzyłem książkę, w tym samym momencie drzwi od dormitorium rozwarły się nagle i pojawiła się w nich Rose, koleżanka Carmi.
-Hej -powiedziała Krukonka i usiadła na sąsiednim łóżku.- Gdzie Black?
Otworzyłem usta, ale Carmen mnie uprzedziła:
-Tutaj -krzyknęła zza drzwi.
Zaśmiałem się i zacząłem czytać pierwszy rozdział książki.
-Czytałam -zagadnęła Martin wskazując na okładkę w moich rękach.- Fajna książka, ale głupio się kończy.
-Człowiek Spojler -odparła Black, która właśnie wyszła z łazienki. Rozejrzała się dookoła i wzięła głęboko powietrza.- Poza tym: jaka piękna pogoda!
-Powiedziała wychodząc z kibla -dodałem przeglądając książkę.
Po chwili oberwałem poduszką, którą cisnęła Carmi. Rose ryła ze śmiechu. Ja i kuzynka również zaczęliśmy się śmiać jak idioci. Po chwili ogarnęliśmy się, a Black przeczesała dłonią włosy, by następnie je związać.
-Czego dusza pragnie? -Spytała patrząc na blondynkę.
-W sumie to się nudziłam więc postanowiłam tutaj zawitać, ale po drodze przypomniałam sobie, że wisisz mi 2 Galeony, także ten... -mruknęła Rose i wyciągnęła rękę.- Może w końcu będziesz taka dobra i mi je oddasz? -Spytała patrząc wymownie na sufit.
-Sadysta -burknęła Black, ale sięgnęła do swojej torby  wytargała z niej monety, które następnie oddała przyjaciółce.- Może ognistej? -Spytała.
Nie trzeba było jednak odpowiedzi, gdyż dziewczyna już wyjmowała butelkę. Podała każdemu z nas szklaneczkę, otworzyła ognistą i polała każdemu. Następnie usiadła obok mnie i wzniosła swój napój.
-Za przyjaźń -zaśmiała się Gryffonka.
Uśmiechnąłem się i stuknąłem szklaneczką z dziewczynami.
*zostawimy teraz nałogowców i przejdziemy może do rozbitej emocjonalnie Salvador. perspektywa Tatii*
Siedziałam na dworze, opatulona w mój ulubiony, czerwony kocyk i huśtałam się jak ostatni popapraniec. Wypiłam wcześniej z ciotką butelkę ognistej i miałam mały mętlik w głowie. W sumie ogarniałam co się wokół mnie dzieje, ale kontaktowałam z delikatnym opóźnieniem.
Siedząc tak i huśtając się na huśtawce Stephanie myślałam o Liamie... Nie wiem dlaczego. Choć go nienawidzę ciągle widziałam go w moich myślach. Powracał jak bezdomny kot, któremu dało się raz jedzenie... Jakkolwiek to brzmi.
Nie chciałam żeby mnie dalej uczył i chyba Stephanie również jest tego zdania... W końcu.
Na drugi dzień okazało się, że ciotka popiera moje zdanie, gdyż na lekcje nie przyszedł Liam. Był to nowy nauczyciel choć nie ukrywam, że już spotkałam tego mężczyznę. Stało się to w Hogwarcie na lekcjach Obrony przed czarną magią na trzecim roku. Moim nowym nauczycielem był bowiem Remus Lupin. Nie ukrywam, że ucieszyłam się z tej wiadomości i od razu uśmiechnęłam się widząc jego podrapaną twarz w salonie ciotki.
Lekcje z nim były o wiele przyjemniejsze niż z Liamem. Nauka szła mi szybciej. Lupin zaczął uczyć mnie walki z innym czarodziejem. O dziwo spodobało mi się to. Fajnie bowiem tak rzucić zaklęcie na kogoś, żeby pierdolnęło go na drugi koniec pomieszczenia. Tak, przyjemne zajęcia.
Na koniec Lupin zaczął uczyć mnie Niewybaczalnych co już nie było miłe. Musiałam próbować zaklęć na  jakiś potwornych stworzeniach, które przynosił mój były nauczyciel z Hogwartu. Trenowałam na nich Crucio i Imeperiusa. Lupin powiedział, że Avady nie będzie mnie uczył. W sumie to ja nadmieniłam, że nigdy nikogo nie zabiję tak, że to zaklęcie jest zbędne. Chyba zapamiętał to sobie i dał sobie z nim spokój widząc jak opornie szły mi owe klątwy.
W końcu nastały święta. Moje lekcje z Lupinem zostały odwołane z powodu ich przybycia oraz dlatego, że uznał iż jestem gotowa. Stephanie, która przypatrywała się moim postępom jedynie kiwała głową z uśmiechem.W sumie sama to przyznała.
Dzień po świętach, których i tak nie lubię poleciałam do ciotki, która jak zwykle plątała się w kuchni. Gdy tam dotarłam ujrzałam, że sprząta syf, który zrobiła ona wraz ze swoimi przyjaciółkami dzień wcześniej. Tak, było grubo i cieszę się, że mnie nie było. Quercy zabrał mnie do siebie więc mogłam zwiedzić jego klitkę. Wróciłam wczoraj... A w sumie dzisiaj, gdyż było jakoś po 1 w nocy. Zastałam schlaną Stephanie i jej znajome przy kilku pustych butelkach ognistej. Teraz (a jest pół do 13) czas na sprzątanie. Widząc minę ciotki nie mogę wnioskować, że była najszczęśliwszą kobietą na świecie. Widać bowiem, że była troszeczkę rozstrojona po imprezie i ostrej wymianie zdań z moim bratem. Postawiłam więc jej pomóc i wtrącić prośbę o powrót do Hogwartu pomiędzy rozmowę. Zawsze robiłam tak, gdy William czyli jeżeli jeszcze pamiętacie mój przybrany ojciec z mugolskiej rodziny, był na mnie zły, a ja chciałam wyjść z domu by spotkać się ze znajomymi. Sprawdzony i wypróbowany chwyt. Może poniżej pasa, ale grunt, że skutkuje.
Podeszłam zatem do stołu i zaczęłam zbierać z niego śmieci. Stephanie odwróciła się, by spojrzeć na mnie po czym wróciła do wycierania blatu.
-Dzień dobry -powiedziałam wesoło.
-Dobry -odparła niemrawo Stephanie i zaczęła płukać szmatkę ubrudzoną w kawie. Westchnęła jednak i wyjmując różdżkę machnęła nią tak, że materiał zaczął sam się 'myć'. Sama usiadła na krześle i dyrygując różdżką sprzątała z pozycji kibica, że tak to ujmę.
Ja jednak sprzątałam w mugolski sposób nie robiąc zbytniego szumu.
-Jak udał się wieczór? -Spytałam w końcu.
-A powiem ci, że nie najgorzej. Pomijając to, że końcówki nie pamiętam -zaśmiała się słabo Stephanie.
Uśmiechnęłam się wesoło. Wyrzuciłam zebrane rzeczy ze stołu do śmieci i poskrobałam się po głowie.
-Emm. Do jakiego domu trafiłaś, gdy dostałaś się do Hogwartu? -Spytałam niby obojętnie.
-Do żadnego -odparła swobodnie Stephanie.- Nie chodziłam do Hogwartu. Ja uczęszczałam do Beauxbatons -wyjaśniła widząc moje zdziwienie.
Pokiwałam głową lekko zdumiona. Patrzyłam wyczekująco na ciotkę, ale w porę uświadomiłam sobie, że Stephanie to nie William i ani troszeczkę nie przypomina go pod względem charakteru. Will od razu drążyłby temat szkoły, ale ciotka ma to w nosie i nadal dyrygowała sprzątaniem. Westchnęłam i stanęłam wprost naprzeciw niej.
-Mogę wrócić do szkoły? -Spytałam prosto z mostu.
Ta spojrzała na mnie z początku tępo, ale po chwili uśmiechnęła się delikatnie.
-Tak. Popołudniu wspomnę o tym Dumbledore'owi -odparła po jakimś czasie.
-Ale... Już jest popołudnie -zaśmiałam się.
Stephanie rozejrzała się szukając zegarka.
-A no chyba, że tak... -mruknęła lekko zamulona. Wstała i poklepała mnie delikatnie po policzku.- Nie martw się, mała. Wspomnę mu o tym jeszcze dziś -dodała i ruszyła do wyjścia.
Ja jednak stałam jak wmurowana i gdyby ktoś teraz na mnie spojrzał pomyślałby, że mam jakiś tik, albo gorzej.
-Tylko nie mała -wymamrotałam lekko poirytowana.
Nigdy nie lubiłam, gdy tak na mnie mówiono, a że wszyscy twierdzili, że słodko wyglądam gdy się denerwuję to nazywali mnie tak by mnie zdenerwować. Nienawidziłam tego zwrotu.
Stephanie zaśmiała się tylko i padła na kanapę.
Ja zerwałam się z miejsca i pognałam na górę do swojego pokoju. Zatrzasnęłam za sobą drzwi i wręcz rzuciłam się na krzesło przy biurku. Wyczarowałam pióro oraz pergamin i zaczęłam bazgrać po nim szybko:

"Kochany Draco.
Stephanie, tak samo jak Lupin, twierdzą, że jestem gotowa i skończyłam lekcje!
Świetnie nie? W sumie wiedziała o tym już kilka dni przed świętami, ale Quercy zabrał mnie do siebie i nie miałam jak Ci tego powiedzieć. 
Spytałam się już ciotki i powiedziała, że jeszcze dziś porozmawia z Dumbledore'm o moim powrocie do Hogwartu. Czy to nie świetnie!?
Poza tym co działo się w szkole pod moją nieobecność, bo jakoś nie rozpisujesz się w listach?
Proszę, rozwiń swoje skróty myślowe i rozpisz się troszkę.
Pamiętaj, że Cię kocham i już niedługo się spotkamy.
Czekam niecierpliwie.
Całuję,
Tatia."

Zawinęłam pergamin i podałam go Harmoo. 
-Draco Malfoy, Hogwart -mruknęłam do sowy, która zahuczała wesoło i wyleciała przez okno. 
Podeszłam z uśmiechem do łóżka i położyłam się na nim. Spoglądając w sufit moja wyobraźnia zaczęła ostro pracować nad wizją powrotu do Hogwartu. Widziałam bowiem jak wchodzę przez drzwi frontowe i pędzę na Wielką Salę, wypełnioną po brzegi. Patrzę na ślizgoński stół i widzę pełno czarnych szat na zielonymi naszywkami węża. Wtem dostrzegam tleniony łeb, który odwraca się w moją stronę. Draco uśmiecha się wesoło, zrywa się z miejsca i już biegnie w moją stronę. Wtem...
Usłyszałam głos Stephanie:
-Tatia! -Wyjąkała.
Zerwałam się z łóżka lekko przerażona i zbiegłam na dół.

sobota, 24 sierpnia 2013

28 rozdział "Sama obecność kogoś bliskiego jest w takich momentach ważna."

Wtem ocknąłem się. Leżałem na podłodze wysypanej kawałkami drewna i potłuczonego szkła. To nadal była Wielka Sala. Teraz pamiętam: jadłem obiad, aż oberwałem kawałkiem belki, która spadła z sufitu! No tak! Ale.... Skąd ona się wzięła? Usiadłem pocierając obolałą głowę i rozejrzałem się dookoła. Ten widok mnie sparaliżował. Cały sufit Sali był podziurawiony, chyba dwóch uczniów nie żyło, gdyż leżeli nieruchomo na podłodze, a po Sali pałętali się Śmierciożercy. Rozpoznałem wśród nich mojego ojca, Greybacka, ciocię Bellatrix, Yaxley'a, a wysoki brunet, który stoi nad jednym z uczniów to chyba... Ian.
Zamarłem patrząc na niego jak idiota. Ojciec Tatii jest w Hogwarcie. To nie wróży niczego dobrego.
Wstałem po cichu i na palcach ruszyłem do wyjścia w poczuciu, że nikt mnie nie zauważy.
-Draconie -usłyszałem chłodny głos ojca.
Stanąłem w miejscu jak wryty, nie odwracając się do niego przodem.
-Mówię do ciebie -warknął, a ja już wiedziałem, że jest zły.
Odwróciłem się zatem i spojrzałem na ojca, oddalonego ode mnie o jakieś 3 metry.
-Słucham?
Ten jednak nie odpowiedział. Spojrzał wymownie na bruneta, który uśmiechnął się chamsko. Tak, to na pewno ojciec Tatii. Jest do niego bardzo podobna. Ale mniejsza o to, bo Salvador właśnie kroczył w moją stronę. Nim się obejrzałem złapał mnie za ramię i zaczął targać na zewnątrz Sali.
-Czego chcesz? -Burknąłem nie przejmując się kulturą osobistą.
-Informacji -odparł tylko i wepchnął mnie do pustej sali. Zamknął drzwi za pomocą zaklęć i oparł się o jedną z ławek. Obserwowałem go z lekką obawą, której nie okazywałem, bo to słabość.- Ja wiem kim ty jesteś, ty wiesz kim ja, więc przejdźmy do rzeczy... Gdzie Tatia? -Spytał unosząc wzrok znad różdżki na mnie.
-Nie wiem -skłamałem dość wiarygodnie.
-Wiesz, ale nie chcesz powiedzieć, bo ubzdurałeś sobie, że ją kochasz -odparł Ian spokojnie.
Nic nie powiedziałem. Nadal patrzyłem na niego chłodnym wzrokiem, zachowując spokój i zimną krew.
-Draco, ja nie będę się powtarzał -mruknął znudzony.
-Ja też.
Ian wstał. Chyba się zirytował. Nie podszedł jednak do mnie. Zrobił tylko jeden krok w moją stronę patrząc na mnie spokojnie.
-Tatia nie jest warta takiego arystokraty jakim jesteś. Nie powinieneś się z nią zadawać, gdyż to tylko szkodzi twojemu wizerunkowi.
-Tatia jest czystokrwista -mruknąłem oskarżycielsko.
-Nie o to chodzi -odparł nadal spokojnym tonem.- Tatia niedługo zginie i będzie krążyć o niej wieść, że zhańbiła dobre imię rodziny tak jak jej matka.
-To jest raczej  znak odwagi. Nie ma czym się szczycić -powiedziałem beznamiętnie choć w środku mnie wszystko buzowało.
-Uważaj co mówisz, bo mogę szepnąć słówko z naszej rozmowy twojemu ojcu -zaśmiał się wrednie, bawiąc się różdżką.
Zamilkłem więc.
-Ostatni raz -powiedział, a  mina mu zrzedła.- Gdzie moja córka?
-Nie wiem -burknąłem beznamiętnie.
-Źle -odparł lekko wkurzony. Uniósł różdżkę, mierząc we mnie.- Crucio.
Zbladłem w moment. Wiem co to znaczy oberwać Cruciatusem i chodź dobrze znałem ten ból to to nie pomogło go złagodzić.
Promień trafił prosto w moją klatkę piersiową. Jęknąłem cicho i upadłem na kolana. Nie chciałem okazywać słabości upadając bezpośrednio na podłogę. Zacisnąłem dłonie w pięści i czekałem na cud.
O dziwo, owy cud nadszedł szybko... Drzwi otworzyły się na oścież i spostrzegłem tylko, że to dziewczyna. Nic więcej, gdyż zaklęcie powodowało, że przed moimi oczami pojawiły się mroczki. Osoby w pomieszczeniu zaczęły się poruszać, a klątwa puściła. Upadłem na posadzkę półprzytomny i słuchałem skrawków rozmów.
-Co ty robisz do chuja pana!?
-Powiem ci, że nie twój interes.
-Jego też nie więc zostaw go w spokoju i wyjdź zanim wezwę dyrektora.
Rozmowa dalej się toczyła, ale nie mogłem się na niej skupić. W końcu wszystko umilkło. Usłyszałem jedynie kroki i dźwięk zamykania drzwi. Wtem poczułem dotyk czyiś dłoni na moim ramieniu.
-Draco? Żyjesz?
Pokiwałem tylko głową i wydaje mi się, że zemdlałem, bo normalnie w jednej chwili nie pojawiam się na rozświetlonej polanie, gdzie jednorożce kicają jak podpierniczone....

*zostawię taki mały akcencik na koniec, choć wiem, że mnie mnie za to chyba zagryziecie.... perspektywa Tatii*
-Powiem żeby więcej nie przychodził -zadecydowała Stephanie.
Uniosłam ręce w geście tryumfu i ruszyłam do kuchni.
-Tatia? -Zatrzymała mnie ciotka.
-Słucham? -Mruknęłam beznamiętnie, zatrzymując się.
-Przepraszam cię za to....
Pokiwałam tylko głową i zniknęłam z kuchni. Nie miałam bowiem zbytnio ochoty na rozmowy z nią, bo zapewne i tak nie zrozumie. Zachowuje się jakby nic się nie działo... Irytuje mnie to i to bardzo.
Podeszłam do szafki i wyciągnęłam z niej słoik Nutelli. Wychodząc z pomieszczenia otworzyłam go, a zakrętkę zostawiłam na blacie kuchennym. Skierowałam się do schodów, ale ujrzałam Stephanie z dwoma szklankami wypełnionymi bursztynowym płynem. Uśmiechała się do mnie przepraszająco. Westchnęłam, opuszczając ręce.
-Nie miałam dzieci i nigdy się nimi nie opiekowałam. Nie wiem jak rozmawiać z młodzieżą i nie wiem jak im pomagać w problemach. Nie znam się na takich rzeczach, dlatego bądź dla mnie wyrozumiała -poprosiła z uśmiechem i wyciągnęła rękę podając mi szklankę.
Ujęłam ją niepewnie i spojrzałam na Stephanie.
-Jeżeli chcesz to możemy o tym porozmawiać -zaproponowała nieśmiało, jakby zgadywała co powinna teraz zrobić.
Stałam i patrzyłam na nią z kamienną twarzą. Biłam się bowiem z myślami. Wspomnienia mnie kiedyś zabiją, ale kiedy nie będę o tym mówić to się będzie we mnie kłębić i sama doprowadzę do załamania nerwowego...
W końcu pokiwałam głową i razem ruszyłyśmy na kanapę.
*wróćmy do rozmarzonego tlenionego. perspektywa Draco*
Otworzyłem oczy. Z początku ujrzałem rozmazany obraz. Po jakimś czasie wszystko nabierało barw, a ja ujrzałem... Carmen?
-Wstawań popaprańcu i więcej mnie tak nie strasz -burknęła piwnooka podając mi dłoń.
Tak. To Carmen. Ująłem jej dłoń i dźwignąłem się na nogi.
-Dziękuję -mruknąłem otrzepując się z kurzu.
-Nie ma za co -uśmiechnęła się Black.- Czego on od ciebie chciał?
-To był ojciec Tatii -odparłem co zapewne wyjaśniło wszystko, gdyż Carmen rozwarła lekko usta i patrzyła na mnie tępo
-On jej szuka, prawda? -Mruknęła cicho.
-Nie. Chce jej się spytać czy nie pójdzie z nim na lody -odparłem sarkastycznie.
Kuzynka strzeliła mnie jednak w tył głowy za tą odpowiedź.
-Nie żartuj sobie -burknęła i ruszyła do drzwi.
-Gdzie idziesz? -Spytałem.
-Najpierw do dormitorium, a później ogarnąć kto nie żyje -odparła spokojnie i ruszyła do Pokoju Gryffonów.
Ruszyłem więc za nią, bo co innego mi pozostało? Wlekłem się więc za Black.
Może nigdy jej tego nie mówiłem, ale podziwiam ją. Przede wszystkim za to jak potrafi ukrywać emocje. Nawet w mocno dramatycznym momencie, gdzie Śmierciożercy pałętają się po Hogwarcie, ja dostałem Crucio, a kilkoro uczniów nie żyje, ona potrafi zachować spokój i po prostu iść przez opustoszały korytarz.
Zawsze mi pomagała za co jestem jej równie wdzięczny. Kiedy ojciec mnie bił ona stawała przede mną murem. Raz oberwała od niego, ale pomimo to nie poddała się. Wtedy rzadziej się nade mną znęcał. Carmi wiedziała o wszystkich takich akcjach i za każdym razem pocieszała mnie, albo po prostu siedziała przy mnie w milczeniu. Sama obecność kogoś bliskiego jest w takich momentach ważna. Wtedy wiedziałem, że ktoś jest przy mnie. Nie czułem się tak samotny.
Pomimo, że często się żremy to kocham ją jak siostrę.
-Myślisz, że odnajdzie Tatię? -Spytała Carmen, przerywając moje rozmyślania.
Uśmiechnąłem się jak idiota i dogoniłem ją, gdyż lekko mnie wyprzedziła.
-Chyba nie. Póki jest u ciotki jest małe prawdopodobieństwo, że ją odnajdzie -odparłem, a ta spojrzała na mnie pytająco.
-Z czego cieszysz japę?
-Z niczego -zaśmiałem się głupio.
Ta przewróciła oczami z uśmiechem. Po chwili znaleźliśmy się w jej, opustoszałym z lokatorek, których i tak nie lubiłem, dormitorium.



____________________________________________________________
Spokojnie. Zazwyczaj nic gorszego od Crucio na Draco nie zastosuję, bo kocham ten tleniony łeb jak Samuela więc bez obaw.
Ty szujo, która śmiała mnie nazwać szują! >.< Tobie dedykuję ten rozdział, Black ;)
KOCHAM Was i całuję ♥
~T