-Depulso! -Krzyknęła Tatia.
Nie dokończyłem swojego zadania, gdyż zaklęcie odepchnęło mnie od Neville'a. Upadłem na brudną podłogę z głuchym hukiem. Różdżka wypadła mi z dłoni i potoczyła się w przeciwną stronę.
Znowu ogarnęła mnie ta dziwna niemoc. Dokładnie jak wtedy, gdy ojciec ma zamiar okładać mnie swoją laską z głową węża.
Zwinąłem się w kłębek czując jak omiata mnie wewnętrzny chłód.Spuściłem głowę, gdyż po moich policzkach spłynęły łzy.Nie chciałem okazywać słabości choć to trudne.
Jęknąłem cicho i jednym słowem zacząłem płakać. Coś czego nie robiłem od dawna.
Wtem poczułem czyjąś dłoń na swoim ramieniu. Prawdopodobnie Tatii. Zaprzeczyłem ruchem głowy. Czemu zaprzeczałem? Temu czy potrzebuję pomocy? Temu że wszystko w porządku? Nie wiem.
Skuliłem się bardziej nie dając dostępu świata zewnętrznego do mnie.
-Draco -usłyszałem jak z oddali głos Tatii.
Nie chciałem nic słyszeć, nie chciałem nic czuć i niczym się martwić. Czy to tak wiele, że chcę być teraz w odległym miejscu od Hogwartu i nie martwić się niczym co nęka mnie w tym momencie?
Wszystko zaczyna się sypać. Cała ta sytuacja jest w beznadziejnym położeniu.
Nie chcę zabić Neville'a, ale jeżeli tego nie zrobię to zabiją Tatię a wtedy nie będę miał dla kogo żyć. Jeżeli z kolei to zrobię popełnię zbrodnię. Dokonam morderstwa na prawie moim przyjacielu, na człowieku, który na ogół nigdy źle mi nie życzył. To w końcu ja byłem tym złym, który się na nim wyżywał. I nie tylko na nim. To ja powinienem umrzeć, a nie uczciwy Longbottom. Tak, to dobry pomysł. Gdybym popełnił samobójstwo już nikt nie będzie nic ode mnie oczekiwał. Tak. Gdybym tylko...
-Draco! -Wrzasnęła Tatia.
Ocknąłem się z dziwnego otępienia i spojrzałam na Puchonkę, która klęczała przy mnie. Na jej twarzy malowało się przerażenie. Wstałem szybko na kolana i zacząłem wycierać policzki, choć po raz drugi z marnym wysiłkiem.
Salvador przysunęła się do mnie i przytuliła mnie mocno, kładąc brodę na mojej głowie. Zaciskając powieki wtuliłem się w dziewczynę.
-Będzie dobrze -zapewniła cicho gładząc mnie po plecach.
-Każą mi zabić Neville'a -wymamrotałem cicho.
-Wiem, skarbie. Wiem -odparła spokojnie.
-Nie chcę -jęknąłem.
Tatia westchnęła jedynie.
-Wiem i nie zrobisz tego -odparła. Otworzyłem usta by powiedzieć o groźbie, ale ta wyczuła to i przeszkodziła mi.- Wiem też co chcą zrobić. Spokojnie, mam pomysł.
Odsunąłem się od niej i spojrzałem na dziewczynę zdziwiony.
-Wiesz co to kropla astralna? -Spytała z lekkim uśmiechem.
Wszystko znów nabrało barw. Usta wykrzywiły się w wesoły uśmiechem.
-Jesteś niezastąpiona -stwierdziłem ocierając łzy.
Tatia zbliżyła się do mnie i odurzając mnie swoim nieziemskim zapachem musnęła delikatnie moje usta, co sprawiło, że poczułem się jeszcze lepiej.
-Wiem -powtórzyła patrząc mi w oczy po czym wstała i podała mi dłoń.
Ująłem ją i również podniosłem tyłek z ziemi. Spojrzałem na Gryffona.
-Neville.. Przepraszam. Ja nie chciałem...
-Rozumiem -odparł spokojnie Longbottom i wyciągnął rękę w moją stronę z lekkim uśmiechem.
Ująłem ją i potrząsnąłem na zgodę, czując ulgę.
-Więc co teraz, mistrzu? -Spytałem patrząc na Tatię.
-Potrzebuję eliksiru... Na pewno ma go Quer, zatem trzeba dostać się do jego gabinetu -odparła.
-Zaraz.. Co to kropla astralna? -Spytał Nevv przypominając nam o swojej obecności.
-To będzie twój klon. Gdy zażyjesz odpowiednią ilość eliksiru stworzymy twojego klona. Będzie trochę tępy, ale to nie szkodzi, bo go zabijemy, żeby robił za ciebie jako trupa -wyjaśniła Tatia leząc w stronę gabinetu jej brata.
-A kto to Quer? -Spytał.
Razem z Puchonką spojrzeliśmy po sobie lekko zakłopotani.
-Długa historia. Później ci opowiemy -odparłem i ująłem dłoń Tatii.- Poza tym dlaczego nie ma cię w moim dormitorium? -Spytałem w przebłysku inteligencji.
Ta spojrzała na mnie i uśmiechnęła się uroczo.
-To długa historia. Później ci opowiem -odparła wesoło.
**nieco później, w gabinecie "pana Deana"**
*perspektywa Tatii*
Grzebałam po szafkach swojego brata, podczas gdy Draco przeszukiwał szuflady w biurku. Neville rozglądał się niepewnie po pomieszczeniu.
-Wolno nam tu być? -Zapytał, przerywając tę ciszę między nami.
-Z reguły nie, ale mi wolno, bo.. Jakby to ująć.. Jestem spokrewniona z naszym nauczycielem od OPCM -odparłam z dziwnym uśmiechem.
Wręcz poczułam tępy wzrok Longbottoma na swoich plecach. Wyszczerzyłam się głupio i ujęłam jakąś fiolkę z błękitnym płynem. Odwróciłam ją, by przeczytać napis.
-Kropla astralna -wyszeptałam z uśmiechem.- Mam -oznajmiłam głośno i wyciągnęłam fiolkę.
Draco spojrzał na mnie z uśmiechem, a Nevv jakby trochę zbladł.
-Spokojnie -mruknęłam podchodząc do niego. Otworzyłam fiolkę i wyciągnęłam ją do niego.- Trzy krople i tylko trzy -powiedziałam spokojnie.
Neville ujął fiolkę nieufnie, po czym przyjrzał jej się.
-I to pomoże? -Spytał.
-Tak. Wypij to -ponaglił go niecierpliwie Draco.
Nevv wlał do ust trzy krople i oddał mi fiolkę. Wszyscy umilkliśmy, oczekując efektów. Minęła pierwsza minuta i nic się nie wydarzyło.
-Czy... Robiłaś to kiedykolwiek? -Spytał Gryffon.
-Nie -odparłam spokojnie.
Neville obrzucił mnie karcącym spojrzeniem i już otwierał usta, by coś powiedzieć.
-Nie robiłam tego nigdy, ale ciotka dokładnie powiedziała mi jak to stosować w razie potrzeby -uspokoiłam go.
-A to mnie pocie... -urwał, gdyż obok niego pojawiła się ledwo zauważalna, biała plama, która zaczęła się powiększać.
Patrzyliśmy na to zdumieni, a plama zaczynała czernieć emitując szatę Neville'a. Wtem z dziwnej i niekształtnej mary utworzył się klon Longbottoma.
-O w mordę -wyszeptał Draco patrząc na dwóch identycznych Gryffonów.
Ten prawdziwy Nevv dotknął delikatnie swojego klona, palcem w ramię.
- I co teraz? -Spytał cicho, patrząc na kroplę.
-Ktoś musi go zabić -odparłam spokojnie.
Spojrzeliśmy po sobie wymownie, delektując się ciszą, którą na pewno ktoś zaraz przerwie.
-Nie ja -odparli równocześnie chłopcy.
Przewróciłam oczami, czując się jak wśród dzieci i wyciągnęłam z tylnej kieszeni spodni różdżkę. Wymierzyłam nią w klona Longbottoma już z mniejszą odwagą. Draco jak i Neville patrzyli na mnie jak sroka w gnat. A ja? A ja stałam jak wryta, celując w mojego... mojego....
Przyjaciela.
-Tatia.. Co ty robisz? -Wymamrotał przerażony Neville, w którego celowałam.
-J-ja... Przecież ty nie powinieneś mówić... Jesteś klonem -powiedziałam zdumiona, a ręka zaczęła mi się trząść.
Spojrzałam na Draco i prawdziwego Neville'a, którzy stali z boku po mojej prawej stronie. Patrzyli na mnie jak na wariata. Znów spojrzałam na kroplę astralną.
-Przykro mi, ale musisz umrzeć -wyszeptałam niepewnie.
-Nie! Przecież się przyjaźnimy -wymamrotał nerwowo, cofając się z lękiem.
-Jesteś kroplą astralną. Nigdy się nie przyjaźniliśmy -powiedziałam z niewielkim przekonaniem w to co mówię.
-Tatia -usłyszałam głos, jakby z oddali.
-J-ja.. Ja muszę -wyszeptałam, a ręka zaczęła mi tak drżeć, że ledwo utrzymałam różdżkę.
-Tatia! -Warknął Draco, łapiąc mnie mocno za ramiona.
Dopiero teraz przejrzałam na oczy.
Prawdziwy Neville stał nadal po mojej prawej stronie, a za plecami Malfoy'a, który właśnie wbijał we mnie wzrok, stała kopia Longbottoma.
Schizowałam. Znowu.
-Przepraszam -wyszeptałam patrząc na Draco.
Ten przytulił mnie lekko, a ja zamknęłam oczy trochę zażenowana, że dałam się tak łatwo wyprowadzić z równowagi.
To słabość. Głupia słabość, której trzeba się za wszelką cenę pozbyć, bo zginę prędko, wodzona przez nią.
-W porządku. Już jest w porządku -zapewniłam coraz pewniejszym głosem i odsunęłam się od Draco.- Nie mamy czasu, bo jego ciało zniknie za 2 godziny -dodałam i stanęłam naprzeciw "Neville'owi".- Avada.. Kedavra -wymamrotałam celując w niego.
"Longbottom" odleciał metr do tyłu i przytulił plecami podłogę, martwy.
-Zabierzmy go i chodźmy stąd -poprosiłam cicho.
Draco wziął ciało i ruszył za mną do drzwi.
-A co ze mną? -Spytał cicho prawdziwy Neville.
-Musisz się schować tak, żeby nikt cię nie znalazł, bo będzie źle -odparłam otwierając drzwi.
Nevv pokiwał lekko głową i przepuściłam Draco, by wyszedł pierwszy z klonem przewieszonym przez ramię.
-Dziękuję -powiedział Gryffon, a ja spojrzałam na niego.
-Podziękujesz mi jak przeżyjesz -odparłam z uśmiechem i wyszłam z gabinetu Deana, wlekąc się za Draco.
____________________________________________________________
No i kolejny.
Kończymy, kończymy :)
Rozdział dedykuję mojej Black, bo srała się, że Neville umrze. Jak mogłaś pomyśleć, że go uśmiercę!? ;-;
Komentujcie, bo to dużo dla mnie znaczy! :(
~T
środa, 29 stycznia 2014
wtorek, 21 stycznia 2014
37 rozdział "Są ofiary i poszkodowani, ale jest też zwycięzca i przegrany."
Siedziałam w szafie z napadem duszności. Nabierałam nerwowo powietrza by się uspokoić.
Co jest ze mną nie tak? Wybiegam z kryjówki, żeby uciec do następnej. To nie ma sensu! Nie po to marnowałam czas na naukę zaklęć w domu ciotki. Nie po to cierpiałam katusze gdy Bellatrix rozcinała mi skórę na ramieniu. Nie po to ginęła moja mama.
Jestem jednym wielkim tchórzem. Powinnam wyjść i...
Moje rozmyślania przerwał głośny trzask. Drzwi od sali otworzyły się, a ja raptownie urwałam wszystkie akcje życiowe, aby po kilku sekundach przypomnieć sobie, że powinnam oddychać. Usłyszałam powolne kroki i płytki oddech. Jakby psa.
Wzięłam głęboki wdech by nie zacząć krzyczeć. Zły pomysł. Załaskotało mnie w nosie od kurzu, a oczy automatycznie się zamknęły. No nie.
-A psik! -Ryknęłam we wnętrzu szafy po czym palnęłam się w usta, zakrywając je.
Przybysz przystanął w miejscu i zapewne uśmiechnął się do siebie.
-Ciekawe gdzie ukryła się nasza szlama -usłyszałam ciche warczenie.
Powoli sięgnęłam po różdżkę i ścisnęłam ją w ręku. Do moich uszu doszły odgłosy kroków, które nasilały się wraz ze zmniejszającą się odległością między nami. Usłyszałam delikatny stukot, gry wilkołak dotknął klamki od szafy. Jedynie mocniej ścisnęłam różdżkę.
Wtem Śmierciożerca szarpnął za klamkę , a drzwiczki otworzyły się i ujrzałam masywnego mężczyznę, który spojrzał na mnie maleńkimi oczami i uśmiechnął się ukazując małe, ostre ząbki.
-Witam -zaśmiał się.
-Drętwota -warknęłam celując w niego.
Ten najwidoczniej nie spodziewał się tego, gdyż odleciał kilka metrów w tył zastygły ze zdumioną miną. Szczęśliwa jak nigdy dotąd wybiegłam z szafy i przeskakując nad wilkołakiem pognałam do drzwi. Otworzyłam je powoli i upewniwszy się, że nikogo nie ma na korytarzu pobiegłam w stronę łazienki prefektów, aby pozbierać myśli. Zatrzymałam się jednak w połowie korytarza, gdyż usłyszałam głosy za moimi plecami. Obejrzałam się i spostrzegłam dwoje przerażonych Puchonów z pierwszego roku. Jeden kulał i miał wbity nóż w ramię. Druga pomagała mu ustać na nogach. Gdy mnie zobaczyli nie wiedzieli czy uciekać czy się cieszyć. Rozejrzałam się zakłopotana nie wiedząc co zrobić. W końcu pognałam w ich kierunku. Wzięłam poszkodowanego i kruchego chłopca na ręce.
-Chodź -rzuciłam szybko do jego koleżanki i ruszyłam korytarzem. Puchonka poleciała za mną.
-Z jakiego jesteś domu? -Spytała nieufnie.
-Z Hufflepuffu -oznajmiłam i spojrzałam na nią.- Lepiej zdejmij szatę. Oni wiedzą, że najwięcej mugoli jest w Hufflepuff'ie.
Ta natychmiast zdjęła ją i wyrzuciła na ziemię.
Byliśmy na trzecim piętrze więc ruszyłam do Pokoju Życzeń. Puchonka szła za mną i spojrzała na mnie zdziwiona gdy przystanęłam przed pustą ścianą.
-Co ty... -nie dokończyła gdyż jej wzrok przykuły drzwi, które zaczęły się materializować w owej pustej ścianie.
Gdy wrota ukazały się w całej klasie bezceremonialnie wlazłam do środka. Ujrzałam duże pomieszczenie z wieloma łóżkami podobne do Skrzydła Szpitalnego. Obok każdego stał stolik z lekami w fiolkach. Uśmiechnęłam się lekko i położyłam małego Puchona na jednym z łóżek.
-Co to za pomieszczenie? -Spytała zdumiona koleżanka poszkodowanego.
-Pokój Życzeń. Drzwi pokazują się gdy czegoś bardzo pragniesz -odparłam i zaczęłam opatrywać młodego.- Jak masz na imię? -Spytałam.
-Zeller Rose -odparła rozglądając się dookoła.
-Zatem twój kolega...
-Brat -przerwała mi spokojnie.
Spojrzałam na nią tępo po czym wróciłam do wiązania bandażu na ręce chłopca.
-Więc twój brat jest nieprzytomny, ale to ze zmęczenia. Wyjdzie z tego -stwierdziłam tonem uzdrowiciela i ruszyłam w stronę drzwi.- Zostań tutaj z nim i nie wychodź póki po was nie przyjdę -dodałam.
-Czekaj! -Rzuciła w moją stronę dziewczynka.
Odwróciłam się i spojrzałam na wystraszoną Puchonkę.
-Co się dzieje? Wszędzie pełno dorosłych czarodziejów w czarnych szatach, słychać krzyki, kilku uczniów leżało na podłodze nawet nie oddychając -wymamrotała cicho, a w jej oczach zalśniły łzy, które zapewne długo tłumiła, by teraz dać im upust.
Podeszłam do niej i przytuliłam ją mocno. Zeller wtuliła się we mnie delikatnie wbijając paznokcie w moje ramiona, które ściskała. Słyszałam jak cicho szlocha. Pogładziłam ją po plecach.
-Nie będę cię oszukiwać, ale to jest wojna, słoneczko. Są ofiary i poszkodowani, ale jest też zwycięzca i przegrany -szeptałam łagodnie.
Ta spojrzała na mnie zaczerwienionymi od płaczu oczami.
-Kto wygra? -Spytała łamiącym się głosem.
Spojrzałam na sufit, gdyż z góry wydobył się głośny huk po czym spojrzałam na dziewczynkę.
-Nie wiem, ale postaram się, żebyśmy wygrali my -zapewniłam, a w jej oczach spostrzegłam nową partię łez.- Dobrze?
Zeller pokiwała jedynie głową, spuszczając wzrok. Ujęłam delikatnie jej brodę, by spojrzała na mnie.
-Jesteś bardzo dzielna. Naprawdę. Opiekuj się bratem, a ja przyjdę tutaj po was -powiedziałam gładząc ją po policzku.
-Dobrze -odparła cicho.
Pocałowałam dziewczynkę w czółko i ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je i upewniwszy się, że jest "czysto", wymknęłam się z Pokoju Życzeń.
Znów na polu walki.
Ruszyłam dzielnie korytarzem, podbudowana postawą małej Rose. W ręku ściskałam różdżkę. Postanowiłam, że pomogę tym którym pomóc się da. Mimo, że nogi trzęsły mi się jak galareta i co chwila dostawałam napadów duszności szłam korytarzem w sumie na śmierć. Wolę jednak zginąć jako bohaterka niż tchórz.
**perspektywa Draco**
Biegałem w te i w tamtą jak kretyn nie wiedząc co robić. Ojciec wysyłał mnie tam, ciotka tu a inni Śmierciożercy jeszcze gdzie indziej. Udawałem, że nienawidzę szlam, udawałem że zabijam. Ciągle udaję.
-Draco! -W końcu ryknął mój ojciec.
Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem na blondyna oddalonego ode mnie o jakieś dwa metry.
-Tak?
-Idziemy -powiedział oschle i ruszył wraz ze swoją laską wzdłuż korytarza.
Westchnąłem jedynie i potruchtałem za nim. Gdy w końcu dogoniłem ojca zwolniłem kroku.
-Gdzie idziemy? -Spytałem spokojnie.
-Zabić kogoś -oznajmił swobodnie.
Zbladłem w jednym momencie. To jednak nie powód do panikowania. Przecież nie było mowy, że to ja mam zabić... Prawda?
Lazłem za nim w niepewności, gdy w końcu ojciec przystanął gdyż ujrzał na końcu korytarza chłopaka. Dokładniej Neville'a. Klęczał na ziemi pochylony nad ciałem Ginny. Po jego cichym płaczu łatwo jest się domyślić, że młoda Weasley nie żyje. Ojciec wystawił w stronę Longbottoma dłoń, wskazując na niego.
-Zabij go -oznajmił bez ceregieli.
Spojrzałem na wyższego ode mnie mężczyznę jak na kretyna.
-A-ale... To mój kolega -mruknąłem błagalnie.
-Nie obchodzi mnie to. Masz go zabić -powiedział ostro.
Neville spostrzegł nas i zerwał się na proste nogi wgapiając się niepewnie we mnie i w ojca.
-Ale.. Ojcze -jęknąłem cicho.
-Zabij! -Ryknął, a mną wstrząsnęło.
Longobottom wycofał się niepewnie po czym rzucił się biegiem korytarzem.
-Chcę widzieć jego martwe ciało, albo twoja szlama zginie -oświadczył sucho mój ojciec i wrócił do Śmierciożerców.
Ponownie przełknąłem ślinę i pobiegłem za Gryffonem.
W tym momencie robiłem wszystko instynktownie. Świadomość, że mają zabić Tatię przerażała mnie jak nic innego. Jednak myśl, że za chwilę mam rzucić Avadę na Neville'a sprawiała, że cały drętwiałem. Jakoś nigdy szczególnego uczucia zwanego szacunkiem mu nie okazywałem, ale to wszystko przez dom w jakim się wychowywałem. To wszystko przez moją rodzinę. Przez nich muszę zostać Śmierciożercą, przez nich muszę nienawidzić szlamy, zabijać, gardzić, pomiatać. To oni z góry narzucają mi historyjki czarodziejów, których dopiero co poznam. Najczęściej są nieprawdziwe, ale co z tego? Byle bym musiał się wywyższać. Nienawidzę za to swojej rodziny. Po policzkach automatycznie spłynęły łzy. Nic na to nie poradzę.
Nevv zmierzał ku lochom. Przyspieszyłem biegu i będąc blisko niego w prost się na niego rzuciłem. Przygwoździłem Longbottoma swoim ciałem do ziemi. Szybko otarłem łzy rękawem, a ten odwrócił się na plecy, żeby spojrzeć na mnie.
-Draco! -Wrzasnął w pół przerażony, w pół zły.
Moje starania nic nie dały- łzy nadal leciały. Ciul. Wyciągnąłem szybko różdżkę i wymierzyłem w jego klatkę piersiową. Obraz był rozmazany przez wodę w oczach. Muszę to zrobić. Nie wiem czy mówiłem to głośno czy tylko w myślach. Nie obchodzi mnie to. Muszę go zabić, bo zabiją Tatię. Ja.. Ja muszę...
-Draco! -Usłyszałem pełen grozy głos młodej Salvador.
Spojrzałem w prawo i mrugnąłem. Łzy spłynęły po policzkach ukazując przerażoną Tatię, która patrzyła na nas zdumiona. Policzek miała rozdarty i spływała z niego krew. Rękaw od jej bluzy był postrzępiony, a spodnie brudne na kolanach.
-Co ty robisz? -Wyszeptała.
-Chronię cię -odparłem szeptem i spojrzałem na bezbronnego Neville'a.- Avada...
____________________________________________________________
Wszystko się kończy. Rzeź. Pierdu pierdu. Nie mam nic do powiedzenia tym razem :)
Komentujcie kochani ;*
~T
Co jest ze mną nie tak? Wybiegam z kryjówki, żeby uciec do następnej. To nie ma sensu! Nie po to marnowałam czas na naukę zaklęć w domu ciotki. Nie po to cierpiałam katusze gdy Bellatrix rozcinała mi skórę na ramieniu. Nie po to ginęła moja mama.
Jestem jednym wielkim tchórzem. Powinnam wyjść i...
Moje rozmyślania przerwał głośny trzask. Drzwi od sali otworzyły się, a ja raptownie urwałam wszystkie akcje życiowe, aby po kilku sekundach przypomnieć sobie, że powinnam oddychać. Usłyszałam powolne kroki i płytki oddech. Jakby psa.
Wzięłam głęboki wdech by nie zacząć krzyczeć. Zły pomysł. Załaskotało mnie w nosie od kurzu, a oczy automatycznie się zamknęły. No nie.
-A psik! -Ryknęłam we wnętrzu szafy po czym palnęłam się w usta, zakrywając je.
Przybysz przystanął w miejscu i zapewne uśmiechnął się do siebie.
-Ciekawe gdzie ukryła się nasza szlama -usłyszałam ciche warczenie.
Powoli sięgnęłam po różdżkę i ścisnęłam ją w ręku. Do moich uszu doszły odgłosy kroków, które nasilały się wraz ze zmniejszającą się odległością między nami. Usłyszałam delikatny stukot, gry wilkołak dotknął klamki od szafy. Jedynie mocniej ścisnęłam różdżkę.
Wtem Śmierciożerca szarpnął za klamkę , a drzwiczki otworzyły się i ujrzałam masywnego mężczyznę, który spojrzał na mnie maleńkimi oczami i uśmiechnął się ukazując małe, ostre ząbki.
-Witam -zaśmiał się.
-Drętwota -warknęłam celując w niego.
Ten najwidoczniej nie spodziewał się tego, gdyż odleciał kilka metrów w tył zastygły ze zdumioną miną. Szczęśliwa jak nigdy dotąd wybiegłam z szafy i przeskakując nad wilkołakiem pognałam do drzwi. Otworzyłam je powoli i upewniwszy się, że nikogo nie ma na korytarzu pobiegłam w stronę łazienki prefektów, aby pozbierać myśli. Zatrzymałam się jednak w połowie korytarza, gdyż usłyszałam głosy za moimi plecami. Obejrzałam się i spostrzegłam dwoje przerażonych Puchonów z pierwszego roku. Jeden kulał i miał wbity nóż w ramię. Druga pomagała mu ustać na nogach. Gdy mnie zobaczyli nie wiedzieli czy uciekać czy się cieszyć. Rozejrzałam się zakłopotana nie wiedząc co zrobić. W końcu pognałam w ich kierunku. Wzięłam poszkodowanego i kruchego chłopca na ręce.
-Chodź -rzuciłam szybko do jego koleżanki i ruszyłam korytarzem. Puchonka poleciała za mną.
-Z jakiego jesteś domu? -Spytała nieufnie.
-Z Hufflepuffu -oznajmiłam i spojrzałam na nią.- Lepiej zdejmij szatę. Oni wiedzą, że najwięcej mugoli jest w Hufflepuff'ie.
Ta natychmiast zdjęła ją i wyrzuciła na ziemię.
Byliśmy na trzecim piętrze więc ruszyłam do Pokoju Życzeń. Puchonka szła za mną i spojrzała na mnie zdziwiona gdy przystanęłam przed pustą ścianą.
-Co ty... -nie dokończyła gdyż jej wzrok przykuły drzwi, które zaczęły się materializować w owej pustej ścianie.
Gdy wrota ukazały się w całej klasie bezceremonialnie wlazłam do środka. Ujrzałam duże pomieszczenie z wieloma łóżkami podobne do Skrzydła Szpitalnego. Obok każdego stał stolik z lekami w fiolkach. Uśmiechnęłam się lekko i położyłam małego Puchona na jednym z łóżek.
-Co to za pomieszczenie? -Spytała zdumiona koleżanka poszkodowanego.
-Pokój Życzeń. Drzwi pokazują się gdy czegoś bardzo pragniesz -odparłam i zaczęłam opatrywać młodego.- Jak masz na imię? -Spytałam.
-Zeller Rose -odparła rozglądając się dookoła.
-Zatem twój kolega...
-Brat -przerwała mi spokojnie.
Spojrzałam na nią tępo po czym wróciłam do wiązania bandażu na ręce chłopca.
-Więc twój brat jest nieprzytomny, ale to ze zmęczenia. Wyjdzie z tego -stwierdziłam tonem uzdrowiciela i ruszyłam w stronę drzwi.- Zostań tutaj z nim i nie wychodź póki po was nie przyjdę -dodałam.
-Czekaj! -Rzuciła w moją stronę dziewczynka.
Odwróciłam się i spojrzałam na wystraszoną Puchonkę.
-Co się dzieje? Wszędzie pełno dorosłych czarodziejów w czarnych szatach, słychać krzyki, kilku uczniów leżało na podłodze nawet nie oddychając -wymamrotała cicho, a w jej oczach zalśniły łzy, które zapewne długo tłumiła, by teraz dać im upust.
Podeszłam do niej i przytuliłam ją mocno. Zeller wtuliła się we mnie delikatnie wbijając paznokcie w moje ramiona, które ściskała. Słyszałam jak cicho szlocha. Pogładziłam ją po plecach.
-Nie będę cię oszukiwać, ale to jest wojna, słoneczko. Są ofiary i poszkodowani, ale jest też zwycięzca i przegrany -szeptałam łagodnie.
Ta spojrzała na mnie zaczerwienionymi od płaczu oczami.
-Kto wygra? -Spytała łamiącym się głosem.
Spojrzałam na sufit, gdyż z góry wydobył się głośny huk po czym spojrzałam na dziewczynkę.
-Nie wiem, ale postaram się, żebyśmy wygrali my -zapewniłam, a w jej oczach spostrzegłam nową partię łez.- Dobrze?
Zeller pokiwała jedynie głową, spuszczając wzrok. Ujęłam delikatnie jej brodę, by spojrzała na mnie.
-Jesteś bardzo dzielna. Naprawdę. Opiekuj się bratem, a ja przyjdę tutaj po was -powiedziałam gładząc ją po policzku.
-Dobrze -odparła cicho.
Pocałowałam dziewczynkę w czółko i ruszyłam do drzwi. Otworzyłam je i upewniwszy się, że jest "czysto", wymknęłam się z Pokoju Życzeń.
Znów na polu walki.
Ruszyłam dzielnie korytarzem, podbudowana postawą małej Rose. W ręku ściskałam różdżkę. Postanowiłam, że pomogę tym którym pomóc się da. Mimo, że nogi trzęsły mi się jak galareta i co chwila dostawałam napadów duszności szłam korytarzem w sumie na śmierć. Wolę jednak zginąć jako bohaterka niż tchórz.
**perspektywa Draco**
Biegałem w te i w tamtą jak kretyn nie wiedząc co robić. Ojciec wysyłał mnie tam, ciotka tu a inni Śmierciożercy jeszcze gdzie indziej. Udawałem, że nienawidzę szlam, udawałem że zabijam. Ciągle udaję.
-Draco! -W końcu ryknął mój ojciec.
Przełknąłem głośno ślinę i spojrzałem na blondyna oddalonego ode mnie o jakieś dwa metry.
-Tak?
-Idziemy -powiedział oschle i ruszył wraz ze swoją laską wzdłuż korytarza.
Westchnąłem jedynie i potruchtałem za nim. Gdy w końcu dogoniłem ojca zwolniłem kroku.
-Gdzie idziemy? -Spytałem spokojnie.
-Zabić kogoś -oznajmił swobodnie.
Zbladłem w jednym momencie. To jednak nie powód do panikowania. Przecież nie było mowy, że to ja mam zabić... Prawda?
Lazłem za nim w niepewności, gdy w końcu ojciec przystanął gdyż ujrzał na końcu korytarza chłopaka. Dokładniej Neville'a. Klęczał na ziemi pochylony nad ciałem Ginny. Po jego cichym płaczu łatwo jest się domyślić, że młoda Weasley nie żyje. Ojciec wystawił w stronę Longbottoma dłoń, wskazując na niego.
-Zabij go -oznajmił bez ceregieli.
Spojrzałem na wyższego ode mnie mężczyznę jak na kretyna.
-A-ale... To mój kolega -mruknąłem błagalnie.
-Nie obchodzi mnie to. Masz go zabić -powiedział ostro.
Neville spostrzegł nas i zerwał się na proste nogi wgapiając się niepewnie we mnie i w ojca.
-Ale.. Ojcze -jęknąłem cicho.
-Zabij! -Ryknął, a mną wstrząsnęło.
Longobottom wycofał się niepewnie po czym rzucił się biegiem korytarzem.
-Chcę widzieć jego martwe ciało, albo twoja szlama zginie -oświadczył sucho mój ojciec i wrócił do Śmierciożerców.
Ponownie przełknąłem ślinę i pobiegłem za Gryffonem.
W tym momencie robiłem wszystko instynktownie. Świadomość, że mają zabić Tatię przerażała mnie jak nic innego. Jednak myśl, że za chwilę mam rzucić Avadę na Neville'a sprawiała, że cały drętwiałem. Jakoś nigdy szczególnego uczucia zwanego szacunkiem mu nie okazywałem, ale to wszystko przez dom w jakim się wychowywałem. To wszystko przez moją rodzinę. Przez nich muszę zostać Śmierciożercą, przez nich muszę nienawidzić szlamy, zabijać, gardzić, pomiatać. To oni z góry narzucają mi historyjki czarodziejów, których dopiero co poznam. Najczęściej są nieprawdziwe, ale co z tego? Byle bym musiał się wywyższać. Nienawidzę za to swojej rodziny. Po policzkach automatycznie spłynęły łzy. Nic na to nie poradzę.
Nevv zmierzał ku lochom. Przyspieszyłem biegu i będąc blisko niego w prost się na niego rzuciłem. Przygwoździłem Longbottoma swoim ciałem do ziemi. Szybko otarłem łzy rękawem, a ten odwrócił się na plecy, żeby spojrzeć na mnie.
-Draco! -Wrzasnął w pół przerażony, w pół zły.
Moje starania nic nie dały- łzy nadal leciały. Ciul. Wyciągnąłem szybko różdżkę i wymierzyłem w jego klatkę piersiową. Obraz był rozmazany przez wodę w oczach. Muszę to zrobić. Nie wiem czy mówiłem to głośno czy tylko w myślach. Nie obchodzi mnie to. Muszę go zabić, bo zabiją Tatię. Ja.. Ja muszę...
-Draco! -Usłyszałem pełen grozy głos młodej Salvador.
Spojrzałem w prawo i mrugnąłem. Łzy spłynęły po policzkach ukazując przerażoną Tatię, która patrzyła na nas zdumiona. Policzek miała rozdarty i spływała z niego krew. Rękaw od jej bluzy był postrzępiony, a spodnie brudne na kolanach.
-Co ty robisz? -Wyszeptała.
-Chronię cię -odparłem szeptem i spojrzałem na bezbronnego Neville'a.- Avada...
____________________________________________________________
Wszystko się kończy. Rzeź. Pierdu pierdu. Nie mam nic do powiedzenia tym razem :)
Komentujcie kochani ;*
~T
wtorek, 31 grudnia 2013
Wrzucam Wam prolog do mojego nowego bloga, który ukaże się zaraz po zakończeniu tego :)
PROLOG
„Kreatura”
Często zastanawiam się nad istnieniem tego dziwnego świata
pełnego uroczych uśmieszków, komplementów nie
poprawiających stanu drugiej osoby, bezsensownej miłości, przyjaźni,
zaufania, pomocy… To wszystko jest takie sztuczne. Po co ludzie są dla siebie
mili jak ci za 5 minut obrąbią im dupy? Po co komu przyjaźń jak ci kretyni nie
umieją sobie zaufać? Na co istnieje miłość? Jeżeli mam być szczera to nie
rozumiem tego uczucia. Nigdy nie kochałam, a nikt nie kochał mnie. Nikt nie
nauczył tego worka nienawiści i gniewu, którym jestem, tego ciepłego uczucia.
Nie potrafię być miła dla innego człowieka, nie
potrafię mu pomóc, czy współczuć. No bo w sumie po co? Jego 4 litery to
niech o nie dba, a jak coś spieprzy to niech sam naprawi. Ja mam swoje sprawy,
on swoje, Ty swoje, oni swoje to po co się wtranżalać jeszcze w czyjeś?
Pewnie zastanawiacie się co to za kreatura. Otóż to ja. Ja
jestem kreaturą, która nie potrafi kochać, bo nikt jej tego nie nauczył. Ja
jestem workiem nienawiści i gniewu, które pomoże Ci odnaleźć szybką drogę na
cmentarz jeżeli mnie zdenerwujesz. Pewnie nie zaskoczę Was, gdy powiem, że nie
mam zbyt wielu przyjaciół. Kilkoro ludzi pała do mnie sympatią, ale są o wiele
starsi ode mnie. Nie przeszkadza mi to. Przynajmniej znają świat i wiedzą jaki
jest przy czym nie wmawiają sobie i innym, że to nie tak i że wszystko jest
usłane płatkami róż. Choć jestem od nich młodsza przeżyłam wiele. Mam na ciele
z pięć poważnych blizn i dwa razy wykrwawiłabym się na śmierć. No cóż. Nie jest
łatwo się mnie pozbyć. Tego możecie być pewni.
Poza tym mam brata. Nazywa się Tom. Jest podobny do mnie pod
względem charakteru. Przez swoje nastawienie do świata odstrasza od siebie
ludzi. Czarodzieje są przy nim raczej z bojaźni, a niźli z sympatii. Oprócz
niego nikt inny mi nie został… Albo po prostu mnie nikt nie chciał. Mój tata i
mama nie żyją, a wcześniej zostawili nas na pastwę losu. Dziadkowie również nie
żyją. O reszcie członków rodziny nie słyszałam, więc albo nie żyją, albo
ukrywają się przed nami. I dobrze. Prócz
brata nie chcę mieć kontaktu z rodziną. Nienawidzę moich rodziców.
Nieodpowiedzialne i nieczułe szlamy. Nigdy jakoś nie okazywali nam
nadzwyczajnego uczucia. Teraz za nimi nie tęsknię. Nie mam za czym.
Krąży pogłoska, że jestem jak żeńska, młodsza i ładniejsza
kopia mojego brata. Czy mam się cieszyć, że jestem toćka toćkę podobna do
bardzo złego czarodzieja, który ma już tyle na koncie, że wychodzi poza skalę?
W sumie wszyscy znajomi mnie chwalą za to, że idę w jego ślady. Robię to z
własnej woli i któregoś dnia i ja zostanę Śmierciożercą, albo i dorównam bratu.
Aktualnie mi się nie spieszy i nikt mnie do tego nie zmusza, gdyż mają do mnie
zaufanie i wiedzą, że nikogo nie wydam. Poza tym bez Mrocznego Znaku robię
większe wrażenie i łatwo mogę się wykaraskać z jakichś problemów. No bo kto
osądzi 15-to latkę, że współpracuje ze Śmierciożercami i że to ona z własnej
woli powybijała pół wioski? Tak, to pomocne.
Nie uczęszczam do żadnej szkoły magicznej. Uczę się sama w
domu, bądź pomaga mi jedno z potulnych baranków brata. W sumie boją się nie
tylko jego, ale i również mnie. No w końcu nie bez powodu nazywają mnie żeńską
kopią brata.
Może czas przedstawić swojego brata, jeżeli już o nim tyle
powiedziałam. Zatem Tom Marvolo Riddle jest wybitnym czarodziejem o wielu
zasługach na karcie mrocznej strony tego świata. Nie lubi, gdy mówię na niego
Tom, gdyż to imię kojarzy mu się z
naszym ojcem. Tak, owy człowiek był na tyle oryginalny, że dał to samo imię i
nazwisko swojemu synowi. W każdym razie już chyba dalej nie muszę opowiadać o
moim bracie, gdyż jest on powszechnie znany niczym Fasolki Wszystkich Smaków.
Teraz czas na mnie. Już w sumie sporo opowiedziałam o sobie
i o swoich atutach jeżeli chodzi o charakter. Mam zatem do powiedzenia tyle, że
nazywam się Rebekah Riddle i jestem
siostrą Voldemorta.
____________________________________________________________
Po pierwsze to Szczęśliwego Nowego Roku, gdyż dodaję to o godz. 1:34 1 stycznia 2014 roku ;D Fajnie tak :3
Dobra, wrzucam Wam prolog do mojego nowego bloga. Ukaże się on zaraz po skończeniu tego gniota.
Proszę napiszcie co o nim myślicie, bo bardzo chciałabym poznać Waszą opinię :)
Jeszcze raz wszystkiego dobrego ;*
~T
poniedziałek, 30 grudnia 2013
36 rozdział "Cholera, cholera, cholera...."
Obudziłam się zlana potem. Przynajmniej miałam nadzieję, że się obudziłam. Jeszcze przez dłuższą chwilę próbowałam przekonać siebie, że wybudziłam się z koszmaru, ale moja podświadomość nadal szarpała się z kobietą z zębami jak sztylety, wciągana do namiotu.
W końcu wzięłam głęboki wdech, co i tak nie załagodziło moich napadów duszności, które powróciły i uspokoiłam się. Spojrzałam na łóżka współlokatorek i upewniwszy się, iż głowa Suzan jest na miejscu i żadna z dziewcząt nie uśmiecha się zębami umazanymi w krwi, ruszyłam w blasku dopiero wschodzącego słońca, do łazienki.
**nieco później**
Był poniedziałek zatem siedziałam w towarzystwie Dracona na eliksirach. Ślizgon trzymał moją dłoń pod ławką i szczerzył się lekko do Snape'a, który rozprawiał o dzisiejszej lekcji.
Na mojej twarzy również gościł uśmiech z powodu obecności tlenionego u mojego boku. Potrzebowałam lekkiego wsparcia ze strony bliskiej osoby po tym co się stało, a Quer nie mógł być tak często ze mną, ponieważ prowadził zajęcia. Opowiedziałam zatem Draco o porwaniu i o śnie. Nie wspomniałam jednak o tym, że się pocięłam, gdyż bałam się jego reakcji. Przemilczałam zatem kwestię samookaleczenia się i cieszyłam się, gdy Malfoy przytulił mnie mocno i powiedział, że wszystko będzie dobrze, ponieważ jest przy mnie. Podbudowało mnie to. Nawet bardzo. Takie proste słowa, a tyle dają. Świat jest dziwny.
Gdy rozbrzmiał dzwon usłyszeliśmy głos Severusa jak grzmi, aby zrobić pracę na temat eliksiru miłości. Zebrałam książki do torby i łapiąc Draco za dłoń ruszyłam w stronę wyjścia gdzie już tłumili się Puchoni oraz Ślizgoni. Ten objął mnie w talii. Spojrzałam na niego z uśmiechem, a ten pocałował mnie w czoło i wyszliśmy razem z lochów.
Wtem mury zatrzęsły się niebezpiecznie. Draco spojrzał zdumiony na sufit, z którego posypał się tynk.
-Cholera -wymamrotał cichutko.
-Śmierciożercy? -Zapytałam, a ten pokiwał lekko głową.
-Spadamy -zarządził i szarpnąwszy mnie za dłoń puścił się biegiem wzdłuż korytarza.
-Gdzie? -Wydyszałam biegnąc za nim.
-Schować się -odparł skwapliwie i dobiegł do wejścia do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Wymamrotał hasło i ukazał się srebrno zielony pokój. Malfoy znów szarpnął mnie za dłoń i wbiegł do środka.
-Stój -jęknęłam w przypływie rozumu i zatrzymałam się nagle. Draco spojrzał na mnie zdumiony.- Tam jest Quer.
-Poradzi sobie -odparł pospiesznie i ruszył w stronę swojego pokoju ciągnąc mnie za sobą.
-Ale tam na pewno jest mój ojciec -wymamrotałam zapierając się nogami.- Mogą zrobić mu krzywdę -dodałam zatrzymując się w miejscu i nie ruszając niczym słup.
Draco westchnął i chwycił mnie za biodra po czym uniósł bez problemu i przerzucił mnie sobie przez ramię.
-Bez względu na wszystko nie wychodź z pokoju i miej w pogotowiu różdżkę. Oszołomić Śmieciojada i uciekać.
-A ty? -Przerwałam mu jego poradnik samoobrony.
-Ja idę pomóc twojemu bratu jeżeli takowa pomoc jest potrzebna -odparł spokojnie i postawił mnie na podłodze jego dormitorium.
-Nie ma mowy -odparłam wojowniczo.
-Szkoda, że nie masz wyboru -powiedział ze sztucznym uśmiechem i ruszył w stronę drzwi.
Złapałam go mocno za dłoń, a ten spojrzał na mnie zmęczony tym wszystkim.
-Uczyli mnie jak mam się bronić. Wiem co mam robić. Pozwól mi iść z tobą -poprosiłam.
-Tatia, uczono cię samoobrony tylko do sytuacji gdzie nie masz wyjścia i musisz walczyć.
-Ale ja nie mam wyjścia. Tam jest mój brat -warknęłam cicho, patrząc mu w oczy.
Ten ujął moją twarz delikatnie i spojrzał na mnie surowo.
-Kochanie, oni są silniejsi niż sobie zdajesz z tego sprawę. Zanim zdążysz wyjąć różdżkę oni rzucą na ciebie jakąś klątwę albo po prostu cię zabiją.
-Będę uważać, a Quer mi pomoże -odparłam błagalnie.
-On jest dorosły i poradzi sobie sam. Poza tym Quercy jest Śmierciożercą i jeżeli chce żyć to musi się między nimi pokręcić, bo uznają go za zdrajcę. Da radę.
Patrzyłam na niego tępo. Tak bardzo chciałam iść z nimi, pomóc bratu, zmierzyć się w końcu z ojcem, żeby to wszystko się skończyło. Ten... Ten cały cyrk.
Wzdrygnęłam się na samą myśl.
Nie po to w końcu męczyłam się z Liamem, żeby teraz siedzieć cicho w dormitorium i czekać aż wszyscy sobie pójdą, a później tylko hasać między trupami i szukać wśród nich Quercy'ego.
-Rozumiesz? -Draco przerwał mi moje rozmyślania.
Spojrzałam na niego odganiając od siebie ten przerażający obraz.
-Tak -odparłam cicho.
Ten pocałował mnie delikatnie i po czym pogładził mnie po policzku.
-Kocham cię -wyszeptał i wyszedł z dormitorium.
Gdy zamknął drzwi słyszałam jak mamrocze jakieś zaklęcia, które zamknął je na dobre. Po chwili odszedł, a mnie otoczyła cisza, gdyż wszyscy byli na "zajęciach".
Krążyłam po pokoju zastanawiając się co w tej sytuacji zrobić. Uciec i lecieć jak kretyn na rzeź, która zapewne się tam odbywa? Czy siedzieć tu z założonymi rękoma i czekać aż powybijają moich bliskich?
Odpowiedź jest chyba prosta. Zaczekałam więc chwilę, aż miałam pewność, że Draco odszedł na dostatecznie dużą odległość, bym na niego nie wpadała i podeszłam do drzwi z różdżką w ręku.
-Alohomora -mruknęłam celując w klamkę.
Nic. Kto by się spodziewał, że zadziała. Odsunęłam się zatem o krok od drzwi i ponownie w nie wymierzyłam.
-Confringo -powiedziałam, a drzwi eksplodowały w tym samym momencie.
Z uśmiechem na twarzy przespacerowałam się po odłamkach drewna, które okalały podłogę po czym ruszyłam w stronę wyjścia z Pokoju Ślizgonów.
Wyszłam z pomieszczenia i rozejrzałam się po korytarzu. Pustym korytarzu. Jednak cicho nie było. Z góry dochodziły do moich uszu różne dźwięki. Były to przeważnie krzyki. Przełknęłam ślinę, gdy część mojej odwagi opuściła mnie. Przełamałam jednak odrętwienie i ruszyłam w stronę schodów mocno ściskając w ręku różdżkę. Wspięłam się po stopniach i ruszyłam powolnym i ostrożnym krokiem w stronę źródła tych krzyków. Okazało się, że to wszystko dobiega z Wielkiej Sali. Przystanęłam za ścianą, gdyż jakiś Śmierciożerca właśnie wchodził do Sali trzymając za włosy jakąś Gryffonkę. Patrzyłam na to zza rogu lekko blednąc. Dziewczyna była w moim wieku. Po jej policzkach spływały łzy, a barczysty mężczyzna bezlitośnie prowadził ją do Sali. W końcu wszedł tam gdzie panował chaos. Rozejrzałam się dookoła i powoli wyszłam zza rogu i ruszyłam w stronę wrót do pomieszczenia. Przystanęłam tam czując jak serce obija mi się o żebra z wielką siłą. Bałam się, że to łomotanie przeniknie przez piski, płacze i śmiech osób znajdujących się w Sali. Przełknęłam ślinę i ostrożnie zajrzałam do środka.
Zamarłam.
Okna, które znajdowały się za stołem nauczycieli były doszczętnie zniszczone. Tylko w niektórych miejscach pozostały kawałki szkła. Stoły były poobdzierane i poniszczone przez zaklęcia rzucane widocznie wcześniej przez czarodziei. Krzesła były poprzewracane i połamane. A ludzie? Panował tam lekko tłok. Uczniowie mieszali się ze Śmierciożercami. Wielu Puchonów leżało na ziemi. Nie żyli. Ich klatki piersiowe nie unosiły się. Ich dolę podzielało kilkoro Gryffonów i Krukonów. Po Ślizgonach ani śladu. Nic dziwnego. Tam są sami czystokrwiści.
-To jest moment, na który wielu z nas czekało -usłyszałam syczący głos, który uciszył wszystkich.- Weszliśmy do Hogwartu i prędko stąd nie wyjdziemy -mówił dalej, a ja próbowałam dociec kto to wypowiada, gdyż nie mogłam go zlokalizować- póki nie weźmiemy tego co nasze -w końcu dostrzegłam osobę w czarnej szacie, stojącą na środku Sali- i nie wybijemy wszystkich szlam -Voldemort dokończył swoją krótką przemowę, a Śmierciożercy odpowiedzieli mu głośnym rykiem.- Idźcie i czyńcie co do was należy -krzyknął w tłum, który zaczął powoli dążyć do wyjścia.
Ogarnęła mnie lekka panika. Około pięćdziesięciu morderców zaczęło kroczyć w stronę wyjścia gdzie byłam ja. Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec przez korytarz ciągle skręcając w różne zakamarki. Po drodze zdjęłam szatę, na której widniał herb Hufflepuff'u. Po tym co zobaczyłam w Sali nie chcę tak skończyć. Pozbyłam się zatem szaty wrzucając ją do jakiejś otwartej sali, którą mijałam po drodze.
Zwolniłam biegu nie słysząc już żadnych dźwięków wydawanych przez tłum Śmierciożerców. Biegnąc przez korytarze słyszałam, że się rozdzielają. To przeraziło mnie jeszcze bardziej. Po cholerę wychodziłam z dormitorium Draco? Dlaczego go nie posłuchałam? Przecież nie mam szans. Wystarczy, że choć raz ktoś mnie przyuważy i po mnie. Jestem skuta. A mam tylko jedno życie. To nie tak jak w tych mugolskich grach, że mam po trzy serduszka, a jak wyczerpię wszystkie to zaczynam level od początku. To nie wirtualny, a rzeczywisty świat. Tutaj mam tylko jedno serduszko, które łomoce mi o żebra.
Szybko mnie wystraszyli. To fakt. Oto dowód, że Tatia Salvador to tchórz.
Ruszyłam powoli korytarzem i zamarłam w bezruchu, gdy na jego końcu dostrzegłam duży cień. Zaczął się wyciągać po podłodze, gdy w końcu ukazał się tęgi mężczyzna. Miał nienaturalnie zarośniętą włosami twarz, malutkie oczy, które teraz świdrowały mnie wzrokiem i przerażały do szpiku kości. Wtem mężczyzna się uśmiechnął. Ukazał rząd małych, ale ostrych zębów. Wilkołak. Na jego ramieniu dostrzegłam Mroczny Znak. Zbladłam doszczętnie patrząc na odległość między nami, która wynosiła mniej więcej 8 metrów.
-Witaj -mruknął, a prawie zawarczał.
Serce biło mi jak ta zabawka-małpka, która uderza w talerze z dużą szybkością.
-Opowiedz mi coś o sobie -poprosił z chytrym uśmieszkiem robiąc krok w moją stronę.- Jaki jest twój status krwi?
-J-ja.. Ja... -mamrotałam przerażona.
-Czystokrwista? Półkrwi? Może szlama? -Mówił z uśmiechem i zrobił kolejny krok w moją stronę, a ja wraz z nim wycofałam się. Śmierciożerca przyjrzał mi się uważnie.- Czyli szlama -stwierdził i wyciągnął różdżkę.
-Nie! -Krzyknęłam w końcu.- Nie jestem szlamą. Jestem czystokrwista -powiedziałam nerwowo.
-Zatem kto jest twoim ojcem? -Zapytał spokojnie.
-I... -urwałam nagle. Nie mogłam powiedzieć. Schwyta mnie i zaprowadzi prosto do ojca. Umilkłam zatem patrząc na niego.
-Zatem szlama -odparł i wycelował we mnie różdżką.
Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec w przeciwną stronę zygzakiem. To pomagało uciekać przed zaklęciem, bo było mniejsze prawdopodobieństwo trafienia. Obejrzałam się przez ramię i spostrzegłam, że ten mnie goni i ciągle rzuca zaklęcia, które trafiały jedynie w podłogę. Zaczęłam biec szybciej i skręcałam w liczne zakręty, by go zgubić. W końcu wbiegłam do pustej i ciemnej sali. Zamknęłam ją za pomocą zaklęcia i rozejrzałam się przerażona dookoła. Na końcu pomieszczenia znajdowała się otwarta szafa. Rzuciłam się biegiem w jej stronę omijając ławki i krzesełka. Finalnie wpadłam do szafy i zamknęłam drzwiczki.
-Cholera, cholera, cholera -szeptałam, przytulając kolana do klatki piersiowej.
____________________________________________________________
Nie jest źle. Rozdział nudny, ale wprowadzający do uroczej rzeźwi w Hogwarcie, zatem szykujcie się na to na co czekałam od dawna. Osoby o słabych nerwach lepiej niech nie czytają, bo dojdzie do rozlewu krwi, wyrywania kończyn i samobójstw *-*
No cóż. Mam już kilka rozdziałów do nowego bloga i jeżeli chcecie to mogę dodać tutaj prolog, żebyście poczytali moje wypociny. Chcecie? :)
Rozdział dedykuję Patrycji ;)
~T
W końcu wzięłam głęboki wdech, co i tak nie załagodziło moich napadów duszności, które powróciły i uspokoiłam się. Spojrzałam na łóżka współlokatorek i upewniwszy się, iż głowa Suzan jest na miejscu i żadna z dziewcząt nie uśmiecha się zębami umazanymi w krwi, ruszyłam w blasku dopiero wschodzącego słońca, do łazienki.
**nieco później**
Był poniedziałek zatem siedziałam w towarzystwie Dracona na eliksirach. Ślizgon trzymał moją dłoń pod ławką i szczerzył się lekko do Snape'a, który rozprawiał o dzisiejszej lekcji.
Na mojej twarzy również gościł uśmiech z powodu obecności tlenionego u mojego boku. Potrzebowałam lekkiego wsparcia ze strony bliskiej osoby po tym co się stało, a Quer nie mógł być tak często ze mną, ponieważ prowadził zajęcia. Opowiedziałam zatem Draco o porwaniu i o śnie. Nie wspomniałam jednak o tym, że się pocięłam, gdyż bałam się jego reakcji. Przemilczałam zatem kwestię samookaleczenia się i cieszyłam się, gdy Malfoy przytulił mnie mocno i powiedział, że wszystko będzie dobrze, ponieważ jest przy mnie. Podbudowało mnie to. Nawet bardzo. Takie proste słowa, a tyle dają. Świat jest dziwny.
Gdy rozbrzmiał dzwon usłyszeliśmy głos Severusa jak grzmi, aby zrobić pracę na temat eliksiru miłości. Zebrałam książki do torby i łapiąc Draco za dłoń ruszyłam w stronę wyjścia gdzie już tłumili się Puchoni oraz Ślizgoni. Ten objął mnie w talii. Spojrzałam na niego z uśmiechem, a ten pocałował mnie w czoło i wyszliśmy razem z lochów.
Wtem mury zatrzęsły się niebezpiecznie. Draco spojrzał zdumiony na sufit, z którego posypał się tynk.
-Cholera -wymamrotał cichutko.
-Śmierciożercy? -Zapytałam, a ten pokiwał lekko głową.
-Spadamy -zarządził i szarpnąwszy mnie za dłoń puścił się biegiem wzdłuż korytarza.
-Gdzie? -Wydyszałam biegnąc za nim.
-Schować się -odparł skwapliwie i dobiegł do wejścia do Pokoju Wspólnego Ślizgonów. Wymamrotał hasło i ukazał się srebrno zielony pokój. Malfoy znów szarpnął mnie za dłoń i wbiegł do środka.
-Stój -jęknęłam w przypływie rozumu i zatrzymałam się nagle. Draco spojrzał na mnie zdumiony.- Tam jest Quer.
-Poradzi sobie -odparł pospiesznie i ruszył w stronę swojego pokoju ciągnąc mnie za sobą.
-Ale tam na pewno jest mój ojciec -wymamrotałam zapierając się nogami.- Mogą zrobić mu krzywdę -dodałam zatrzymując się w miejscu i nie ruszając niczym słup.
Draco westchnął i chwycił mnie za biodra po czym uniósł bez problemu i przerzucił mnie sobie przez ramię.
-Bez względu na wszystko nie wychodź z pokoju i miej w pogotowiu różdżkę. Oszołomić Śmieciojada i uciekać.
-A ty? -Przerwałam mu jego poradnik samoobrony.
-Ja idę pomóc twojemu bratu jeżeli takowa pomoc jest potrzebna -odparł spokojnie i postawił mnie na podłodze jego dormitorium.
-Nie ma mowy -odparłam wojowniczo.
-Szkoda, że nie masz wyboru -powiedział ze sztucznym uśmiechem i ruszył w stronę drzwi.
Złapałam go mocno za dłoń, a ten spojrzał na mnie zmęczony tym wszystkim.
-Uczyli mnie jak mam się bronić. Wiem co mam robić. Pozwól mi iść z tobą -poprosiłam.
-Tatia, uczono cię samoobrony tylko do sytuacji gdzie nie masz wyjścia i musisz walczyć.
-Ale ja nie mam wyjścia. Tam jest mój brat -warknęłam cicho, patrząc mu w oczy.
Ten ujął moją twarz delikatnie i spojrzał na mnie surowo.
-Kochanie, oni są silniejsi niż sobie zdajesz z tego sprawę. Zanim zdążysz wyjąć różdżkę oni rzucą na ciebie jakąś klątwę albo po prostu cię zabiją.
-Będę uważać, a Quer mi pomoże -odparłam błagalnie.
-On jest dorosły i poradzi sobie sam. Poza tym Quercy jest Śmierciożercą i jeżeli chce żyć to musi się między nimi pokręcić, bo uznają go za zdrajcę. Da radę.
Patrzyłam na niego tępo. Tak bardzo chciałam iść z nimi, pomóc bratu, zmierzyć się w końcu z ojcem, żeby to wszystko się skończyło. Ten... Ten cały cyrk.
Wzdrygnęłam się na samą myśl.
Nie po to w końcu męczyłam się z Liamem, żeby teraz siedzieć cicho w dormitorium i czekać aż wszyscy sobie pójdą, a później tylko hasać między trupami i szukać wśród nich Quercy'ego.
-Rozumiesz? -Draco przerwał mi moje rozmyślania.
Spojrzałam na niego odganiając od siebie ten przerażający obraz.
-Tak -odparłam cicho.
Ten pocałował mnie delikatnie i po czym pogładził mnie po policzku.
-Kocham cię -wyszeptał i wyszedł z dormitorium.
Gdy zamknął drzwi słyszałam jak mamrocze jakieś zaklęcia, które zamknął je na dobre. Po chwili odszedł, a mnie otoczyła cisza, gdyż wszyscy byli na "zajęciach".
Krążyłam po pokoju zastanawiając się co w tej sytuacji zrobić. Uciec i lecieć jak kretyn na rzeź, która zapewne się tam odbywa? Czy siedzieć tu z założonymi rękoma i czekać aż powybijają moich bliskich?
Odpowiedź jest chyba prosta. Zaczekałam więc chwilę, aż miałam pewność, że Draco odszedł na dostatecznie dużą odległość, bym na niego nie wpadała i podeszłam do drzwi z różdżką w ręku.
-Alohomora -mruknęłam celując w klamkę.
Nic. Kto by się spodziewał, że zadziała. Odsunęłam się zatem o krok od drzwi i ponownie w nie wymierzyłam.
-Confringo -powiedziałam, a drzwi eksplodowały w tym samym momencie.
Z uśmiechem na twarzy przespacerowałam się po odłamkach drewna, które okalały podłogę po czym ruszyłam w stronę wyjścia z Pokoju Ślizgonów.
Wyszłam z pomieszczenia i rozejrzałam się po korytarzu. Pustym korytarzu. Jednak cicho nie było. Z góry dochodziły do moich uszu różne dźwięki. Były to przeważnie krzyki. Przełknęłam ślinę, gdy część mojej odwagi opuściła mnie. Przełamałam jednak odrętwienie i ruszyłam w stronę schodów mocno ściskając w ręku różdżkę. Wspięłam się po stopniach i ruszyłam powolnym i ostrożnym krokiem w stronę źródła tych krzyków. Okazało się, że to wszystko dobiega z Wielkiej Sali. Przystanęłam za ścianą, gdyż jakiś Śmierciożerca właśnie wchodził do Sali trzymając za włosy jakąś Gryffonkę. Patrzyłam na to zza rogu lekko blednąc. Dziewczyna była w moim wieku. Po jej policzkach spływały łzy, a barczysty mężczyzna bezlitośnie prowadził ją do Sali. W końcu wszedł tam gdzie panował chaos. Rozejrzałam się dookoła i powoli wyszłam zza rogu i ruszyłam w stronę wrót do pomieszczenia. Przystanęłam tam czując jak serce obija mi się o żebra z wielką siłą. Bałam się, że to łomotanie przeniknie przez piski, płacze i śmiech osób znajdujących się w Sali. Przełknęłam ślinę i ostrożnie zajrzałam do środka.
Zamarłam.
Okna, które znajdowały się za stołem nauczycieli były doszczętnie zniszczone. Tylko w niektórych miejscach pozostały kawałki szkła. Stoły były poobdzierane i poniszczone przez zaklęcia rzucane widocznie wcześniej przez czarodziei. Krzesła były poprzewracane i połamane. A ludzie? Panował tam lekko tłok. Uczniowie mieszali się ze Śmierciożercami. Wielu Puchonów leżało na ziemi. Nie żyli. Ich klatki piersiowe nie unosiły się. Ich dolę podzielało kilkoro Gryffonów i Krukonów. Po Ślizgonach ani śladu. Nic dziwnego. Tam są sami czystokrwiści.
-To jest moment, na który wielu z nas czekało -usłyszałam syczący głos, który uciszył wszystkich.- Weszliśmy do Hogwartu i prędko stąd nie wyjdziemy -mówił dalej, a ja próbowałam dociec kto to wypowiada, gdyż nie mogłam go zlokalizować- póki nie weźmiemy tego co nasze -w końcu dostrzegłam osobę w czarnej szacie, stojącą na środku Sali- i nie wybijemy wszystkich szlam -Voldemort dokończył swoją krótką przemowę, a Śmierciożercy odpowiedzieli mu głośnym rykiem.- Idźcie i czyńcie co do was należy -krzyknął w tłum, który zaczął powoli dążyć do wyjścia.
Ogarnęła mnie lekka panika. Około pięćdziesięciu morderców zaczęło kroczyć w stronę wyjścia gdzie byłam ja. Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec przez korytarz ciągle skręcając w różne zakamarki. Po drodze zdjęłam szatę, na której widniał herb Hufflepuff'u. Po tym co zobaczyłam w Sali nie chcę tak skończyć. Pozbyłam się zatem szaty wrzucając ją do jakiejś otwartej sali, którą mijałam po drodze.
Zwolniłam biegu nie słysząc już żadnych dźwięków wydawanych przez tłum Śmierciożerców. Biegnąc przez korytarze słyszałam, że się rozdzielają. To przeraziło mnie jeszcze bardziej. Po cholerę wychodziłam z dormitorium Draco? Dlaczego go nie posłuchałam? Przecież nie mam szans. Wystarczy, że choć raz ktoś mnie przyuważy i po mnie. Jestem skuta. A mam tylko jedno życie. To nie tak jak w tych mugolskich grach, że mam po trzy serduszka, a jak wyczerpię wszystkie to zaczynam level od początku. To nie wirtualny, a rzeczywisty świat. Tutaj mam tylko jedno serduszko, które łomoce mi o żebra.
Szybko mnie wystraszyli. To fakt. Oto dowód, że Tatia Salvador to tchórz.
Ruszyłam powoli korytarzem i zamarłam w bezruchu, gdy na jego końcu dostrzegłam duży cień. Zaczął się wyciągać po podłodze, gdy w końcu ukazał się tęgi mężczyzna. Miał nienaturalnie zarośniętą włosami twarz, malutkie oczy, które teraz świdrowały mnie wzrokiem i przerażały do szpiku kości. Wtem mężczyzna się uśmiechnął. Ukazał rząd małych, ale ostrych zębów. Wilkołak. Na jego ramieniu dostrzegłam Mroczny Znak. Zbladłam doszczętnie patrząc na odległość między nami, która wynosiła mniej więcej 8 metrów.
-Witaj -mruknął, a prawie zawarczał.
Serce biło mi jak ta zabawka-małpka, która uderza w talerze z dużą szybkością.
-Opowiedz mi coś o sobie -poprosił z chytrym uśmieszkiem robiąc krok w moją stronę.- Jaki jest twój status krwi?
-J-ja.. Ja... -mamrotałam przerażona.
-Czystokrwista? Półkrwi? Może szlama? -Mówił z uśmiechem i zrobił kolejny krok w moją stronę, a ja wraz z nim wycofałam się. Śmierciożerca przyjrzał mi się uważnie.- Czyli szlama -stwierdził i wyciągnął różdżkę.
-Nie! -Krzyknęłam w końcu.- Nie jestem szlamą. Jestem czystokrwista -powiedziałam nerwowo.
-Zatem kto jest twoim ojcem? -Zapytał spokojnie.
-I... -urwałam nagle. Nie mogłam powiedzieć. Schwyta mnie i zaprowadzi prosto do ojca. Umilkłam zatem patrząc na niego.
-Zatem szlama -odparł i wycelował we mnie różdżką.
Zerwałam się z miejsca i zaczęłam biec w przeciwną stronę zygzakiem. To pomagało uciekać przed zaklęciem, bo było mniejsze prawdopodobieństwo trafienia. Obejrzałam się przez ramię i spostrzegłam, że ten mnie goni i ciągle rzuca zaklęcia, które trafiały jedynie w podłogę. Zaczęłam biec szybciej i skręcałam w liczne zakręty, by go zgubić. W końcu wbiegłam do pustej i ciemnej sali. Zamknęłam ją za pomocą zaklęcia i rozejrzałam się przerażona dookoła. Na końcu pomieszczenia znajdowała się otwarta szafa. Rzuciłam się biegiem w jej stronę omijając ławki i krzesełka. Finalnie wpadłam do szafy i zamknęłam drzwiczki.
-Cholera, cholera, cholera -szeptałam, przytulając kolana do klatki piersiowej.
____________________________________________________________
Nie jest źle. Rozdział nudny, ale wprowadzający do uroczej rzeźwi w Hogwarcie, zatem szykujcie się na to na co czekałam od dawna. Osoby o słabych nerwach lepiej niech nie czytają, bo dojdzie do rozlewu krwi, wyrywania kończyn i samobójstw *-*
No cóż. Mam już kilka rozdziałów do nowego bloga i jeżeli chcecie to mogę dodać tutaj prolog, żebyście poczytali moje wypociny. Chcecie? :)
Rozdział dedykuję Patrycji ;)
~T
niedziela, 22 grudnia 2013
35 rozdział "To były ludzkie głowy oderżnięte od tułowia."
Po raz drugi dzisiaj stal przeszyła moją cienką skórę. Na początku nie czułam nic. Dopiero po chwili doznałam dość silnego pieczenia w miejscu gdzie moja ręka spotkała się z żyletką. Błogi uśmiechem zawitał na mojej twarzy, gdy krew rozlała się po moim nadgarstku niczym czerwony wodospad.
Może to dziwne, ale poczułam się tak dziwnie... wolna. Wolna od problemów, smutku, gniewu, radości. Poczułam się jakby nic dookoła mnie nie istniało/ Byłam tylko ja i rozcięty nadgarstek dający o sobie ciągle znać.
Spojrzałam na ranę z tym głupim uśmiechem po czym zerknęłam na otwartą szufladę i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na szafce nocnej leży jakieś dziwne, fioletowe pudełeczko. Było w kształcie sześciokąta z wypukłym wiekiem. Każdy kąt był przyozdobiony małą złotą perełką, a na szczycie pudełeczka lśniła największa kuleczka.
Nadal rozciągając zranioną rękę na kolanie sięgnęłam po pudełko "zdrową" ręką. Gdy je chwyciłam pod palcami poczułam delikatny materiał przyozdobiony złotymi nitkami. Położyłam pudełko na łóżku obok mnie. Spostrzegłam, że pod nim leżała karteczka. Ujęłam ją i rozprostowałam na kolanie.
Może to dziwne, ale poczułam się tak dziwnie... wolna. Wolna od problemów, smutku, gniewu, radości. Poczułam się jakby nic dookoła mnie nie istniało/ Byłam tylko ja i rozcięty nadgarstek dający o sobie ciągle znać.
Spojrzałam na ranę z tym głupim uśmiechem po czym zerknęłam na otwartą szufladę i dopiero teraz zdałam sobie sprawę, że na szafce nocnej leży jakieś dziwne, fioletowe pudełeczko. Było w kształcie sześciokąta z wypukłym wiekiem. Każdy kąt był przyozdobiony małą złotą perełką, a na szczycie pudełeczka lśniła największa kuleczka.
Nadal rozciągając zranioną rękę na kolanie sięgnęłam po pudełko "zdrową" ręką. Gdy je chwyciłam pod palcami poczułam delikatny materiał przyozdobiony złotymi nitkami. Położyłam pudełko na łóżku obok mnie. Spostrzegłam, że pod nim leżała karteczka. Ujęłam ją i rozprostowałam na kolanie.
"Mama zawsze
chciała Ci to ofiarować.
Szkoda, że nie zdążyła.
I."
Zmięłam kartkę w dłoni zdenerwowana liścikiem od ojca i cisnęłam nią przez pokój. Następnie spojrzałam na pudełeczko i powoli je otworzyłam. W dormitorium rozprzestrzeniła się melodia, którą jakbym już słyszała. Doznałam dziwnego deja vu. Słuchałam tej melodii w milczeniu, wgapiając się w pozytywkę, z uśmiechem. Wtem z pudełeczka wyleciały małe, złote ptaszki. Zaczęły fruwać w rytm muzyki po całym dormitorium. Wtem jeden z zaczarowanych ptaszków wielkości spoczął na mojej dłoni tak jak wtedy gdy... Gdy mama puszczała mi tę melodię do snu! Pamiętam. To dziwne, że to wspomnienie wróciło choć Quercy rzucił na mnie Obliviate. Wyszczerzyłam się jak małe dziecko do miski ze słodyczami po czym zamknęłam pozytywkę. Złote ptaszki prysnęły w tym samym momencie zostawiając po sobie jedynie złoty pyłek. Opadł on powoli na podłogę błyszcząc niczym brokat. Uśmiechnęłam się i wierzchem dłoni otarłam łzy. Następnie wstałam i ruszyłam do łazienki by zabandażować rękę.
**Następnego dnia**
Szłam z lekkim uśmiechem na Wielką Salę. Gdy wlazłam do pomieszczenia połowa uczniów się tam znajdujących spojrzała na mnie. Wtem zaczęto szeptać, szturchać się łokciami. Świetnie. Kolejna plotka na mój temat?
Lekko zmieszana ruszyłam do stołu Puchonów gdzie wszystkie szepty ucichły.
-Ludzie, co z wami? -Warknęłam w końcu.
- T-to prawda, że wczoraj uciekłaś do Hogsmeade? -Zapytała nieśmiało jakaś dziewczyna z czwartego roku.
-No co ty! Przecież ona przesiedziała noc u Snape'a! -Oburzył się Puchon z ostatniego roku.
Patrzyłam to na jedno to na drugie zdumiona coraz to nową historyjką na temat mojej wczorajszej nieobecności.
-Czy wam już kompletnie rozum odjęło? -Ryknęłam wkurzona.- Nie, nie byłam w Hogsmeade, u Hagrida, profesora Snape'a ani nie sprzątałam sowiarni -dodałam nie zważając na ciszę w Sali.
-Więc gdzie byłaś? -Zdziwił się Cedric.
Spojrzałam po zaciekawionych twarzach Puchonów.
-To nie wasz interes -burknęłam po czym złapałam za tosta i ruszyłam do wyjścia.
-Tatia! -Usłyszałam za sobą, ale wiedziałam czyj to głos więc nawet nie fatygowałam się, żeby się odwrócić. Szłam więc dalej nie zważając na coraz głośniejszy odgłos butów, które zmierzały ku mnie. Wtem poczułam czyjąś dłoń na moim ramieniu.- Liam, zostaw mnie -burknęłam.
Gdy się odwróciłam ujrzałam te charakterystyczne, zielone oczy i lekki uśmiech. Nie myliłam się.
-Czego? -Wymruczałam nie patrząc już na niego.
-Słyszałem, że ojciec cię dopadł -powiedział jakby z troską.
-I zgaduję, że coś cię to obchodzi -burknęłam.
Ten prychnął jedynie i ujął moją brodę bym spojrzała na niego.
-Dlaczego nie chcesz do mnie wrócić?
-Bo jesteś arogancki, wredny, impulsywny, zazdrosny i masz skłonności do bicia mnie -odparłam spokojnie i odsunęłam się od niego o krok.
-A gdybym się zmienił? -Zapytał z uśmiechem.
-Ty? Wolne żarty -zaśmiałam się jak idiota.
-Dlaczego nie chcesz dać mi szansy? -Zapytał już lekko poddenerwowany.
-Bo nie chcę żeby twój smród pałętał się dookoła mnie. Zejdź mi z drogi -burknęłam próbując go ominąć.
-Jesteś niemiła -stwierdził mrużąc oczy.
-Punkty za spostrzegawczość, a teraz na prawdę mnie puść.
-Chyba nie chcesz żeby to się odbiło na twoim arystokracie -mruknął napierając na mnie powoli.
-Drobne pytanie. Chcesz jeszcze co szczerzyć? -Warknęłam, ale ten nadal nie ustępował. Wyciągnęłam zatem różdżkę i dźgnęłam go w brzuch.- Crucio -wycedziłam przez zaciśnięte zęby.
Liam upadł na kolana krzywiąc się i łapiąc za brzuch. Zaczął się słaniać po podłodze przez moje zaklęcie, które rosło w siłę. Byłam zła na wszystko dookoła, a że pierwszy kretyn nawinął mi się pod różdżkę to na nim wyładowałam całą złość.
W końcu opuściłam magicznego kija, a klątwa puściła Ślizgona. Spojrzałam na niego z minimalną ulgą, ale wielką satysfakcją.
Wtem usłyszałam cichy jęk, lecz nie był to Liam. Spojrzałam wzdłuż korytarza. W odległości jakichś 4 metrów stała pierwszoroczna dziewczynka z Gryffindoru i patrzyła na mnie przerażona.
-C-co ty mu... -wymamrotała patrząc to na mnie to na Liama.
-Ja.. No... Nic. Ohh, w-wytłumaczę ci -wybełkotałam zlewając się potem.
Przecież ona mogła wszystkim powiedzieć, że użyłam Niewybaczalnego. A w sumie... Co tam, że uczniowie się dowiedzą. Gdy Dumbledore dowie się wykopie mnie na krzywy zgryz z Hogwartu na pastwę losu i mojego kochanego ojczulka.
Gryffonka zaczęła się powoli cofać.
-P-poczekaj. Ja wyjaśnię -wymamrotałam podchodząc do niej powoli.
-Nie! -Krzyknęła dziewczynka po czym zaczęła biec w przeciwnym kierunku.
-Czekaa... -nie dokończyłam, gdyż upadłam na ziemię potykając się o rękę Liama.
Spojrzałam na korytarz, gdzie przed sekundą widziałam małą Gryffonkę, lecz teraz... Nie dostrzegłam nic. Ani śladu po wrzeszczącej dziewczynce. Wstałam powoli nadal gapiąc się na korytarz.
Znowu schiza. Cholera, gorzej ze mną.
Spojrzałam na Liama, który zbierał się po dość silnym zaklęciu. Wzruszyłam ramionami i ruszyłam korytarzem.
**Kilka dni później**
Szłam w stronę wielkiego, białego i dobrze oświetlonego namiotu, trzymając za rękę jakąś zakapturzoną postać. Nie wiedziałam kto to, ale jakoś nie zawracałam sobie głowy rozmyślaniem kto może się kryć pod kapturem. Nie obchodziło mnie to. Obchodził mnie raczej namiot, z którego wnętrza zaczęła wydobywać się charakterystyczna muzyka. Cyrk. Wyszczerzyłam się jak mała dziewczynka i przyśpieszyłam kroku, więc zakapturzona postać również musiała przyspieszyć. W końcu dołączyliśmy do tłumu, który mieścił się za ogrodzeniem, które okalało przestrzeń gdzie znajdował się namiot, kilka budek z jedzeniem i kasą oraz gdzie na tyłach znajdowało się małe zoo. Jeszcze szczęśliwsza pognałam w stronę wejścia, ściskając w dłoni papierek z numerem miejsca, które mam zająć na widowni. Przy metalowych schodach powitał mnie wysoki mężczyzna w czerwonym płaszczu, przyozdobionym w złote guziki. Uśmiechnął się do mnie, a ja podłam mu karteczkę. Mężczyzna urwał kawałek i oddał mi tłumacząc gdzie mam iść. Z uśmiechem wlazłam po schodach, które brzęczały z każdym krokiem. Za plecami usłyszałam tupanie zakapturzonej postaci. Nie czekając na niego bądź też na nią zaczęłam przeciskać się przez rozmawiających żywo ludzi ku swemu miejscu. W końcu usiadłam wygodnie na niebieskim krzesełku i spojrzałam na okrągłą arenę. Od półmetrowego, czerwonego murka z niebieskimi gwiazdami dzieliły mnie dwa rzędy. Siedziałam dokładnie przodem do areny usypanej piaskiem. Poza areną lecz na środku stała jakby wieżyczka na planie kwadratu. Po środku znajdowała się czerwona kurtyna, zza której pewnie będą wychodzili artyści. Na jej szczycie znajdowała się orkiestra, która wygrywała miłą melodię, która wabiła ludzi. Po obu bokach owej wieżyczki były przejścia, które łączyły się z okrągłą areną. Patrzyłam z zainteresowaniem na trzy metalowe słupy, które tworzyły wsparcie dla namiotu, ale również były na nich pozawieszane kolorowe światła, które wirowały po wnętrzu namiotu.
W końcu ludzie zajęli miejsca. Żadne krzesełko nie było wolne. Wtem światła zgasły a po chwili wszystkie reflektory, a następnie oczy widzów, były skierowane na orkiestrze, która wygrywała jakąś rytmiczną pioseneczkę. Gdy perkusja, gitara, dzwoneczki i inne trąbki umilkły a dyrygent się ukłonił zza kurtyny wyleciał mężczyzna ubrany w strój podobnego kroju jak panowie przy metalowych schodach. Mężczyzna w białych rajstopach wyskoczył na środek areny i zaczął zapowiadać owy cyrk. Następnie zza kurtyny zaczęli wybiegać artyści, pokazywać swoje umiejętności, popisywać się i rozśmieszać publiczność. W końcu zapadła cisza. Publiczność czekała w ciemności na następny numer. Wtem rozległ się krzyk i szarpanina. Nagle światła rozbłysły i wraz z werblem perkusisty skierowały się na lwa, który stał przednimi łapami na piersi człowieka, który mocno krwawił z szyi oraz nie miał dłoni. Okazało się, że tym człowiekiem był mężczyzna, który zapowiadał cyrk. Publiczność zaczęła klaskać z uśmiechami i podziwem jakby właśnie pokazano świetny numer. Tylko ja i zakapturzona postać siedzieliśmy otępiali, choć zauważyłam kątem oka, że mój towarzysz klepie swoje kolano na symbol aplauzu. Światła znów zgasły i po chwili rozbłysły ponownie. Naszym oczom ukazali się artyści na trapezach rozmieszczonych w przestrzeni. Ich białe stroje były jakby czymś ubabrane. Jakby w krwi. Ludzie zaklaskali a akrobaci jakby na komendę przeszli do swojego numeru. Z początku było normalnie, gdyż robili fikołki i tak dalej ale gdy już wszyscy czworo wylądowali na swoim trapezie wyjęli z czerwonych worków jakieś piłki, które... miały włosy... i... i oczy... I to były ludzkie głowy oderżnięte od tułowia. Publiczność znów zaklaskała a artyści zaczęli podawać sobie je. Wtem jeden z nich nie złapał i jakaś głowa zaczęła lecieć w moją stronę. Gdy ta część ciała spoczęła na moich kolanach ludzie ryknęli śmiechem. Spojrzałam przerażona na głowę i doznałam szoku. Była to głowa Suzan. Mojej Suzan. Zaczęłam krzyczeć. Zrzuciłam zakrwawioną głowę z kolan i zaczęłam przedzierać się przez roześmiany tłum. Gdy w końcu uporałam się z przedostaniem do przejścia ruszyłam biegiem w stronę wyjścia. Orkiestra przygrywała mi, ale melodia była jakby perkusista wymiotował krwią, a gitarzyście wypadła gałka oczna. Gdy dotarłam do wyjścia, płachtę oddzielającą mnie od schodów odsłonił mi ten sam mężczyzna, lecz teraz miał porozdzierany policzek, tak że widziałam jego zęby, których normalnie nie powinnam widzieć. Ze łzami w oczach ruszyłam po schodach. Pięć schodków przed ziemią usłaną kamyczkami, potknęłam się. Upadłam na ostrze kamienie. Pozacinałam sobie twarz. Szybko się jednak zebrałam i zaczęłam biec w stronę wyjścia z placu cyrku. Minęłam budkę gdzie pewien mężczyzna bez oka proponował mi hot-doga z zakrwawioną dłonią zamiast parówki. Z krzykiem zaczęłam biec szybciej. Gdy dobiegłam do kasy kobieta w środku wyjrzała zza szyby. Włosy sterczały jej na wszystkie strony a z ostrych kłów, które do mnie szczerzyła ściekała krew. Pisnęłam i puściłam się biegiem do bramy głównej. Lecz wtem moje kroki nie miały znaczenia. Bez znaczenia jak szybko przebierałam nogami. I tak stałam w miejscu. Nagle wszystko dookoła zaczęło się rozmazywać i jakby wielki odkurzacz wszystko wciągał do namiotu. Mnie również. Wtem moje stopy oderwały się od podłoża i wraz z kasjerką z zębami jak żyletki i wszystkim innym zaczęłam lecieć w stronę namiotu. Wydałam z siebie przerażający krzyk i...
I się obudziłam.
____________________________________________________________
Szczerze mówiąc to od baaaaardzo dawna podoba mi się własny rozdział :3
Wybaczcie jeżeli rozwaliłam Wasze ideologie jeżeli chodzi o cyrk. Osobiście uwielbiam go, ale naszła mnie taka a nie inna wena ;)
Jednak zostanę przy 40-stu rozdziałach, bo moja samoocena podupadła i nie mam zamiaru już więcej pisać jeżeli chodzi o tego bloga.
Ale mam już 2 rozdziały na nowego bloga więc moja przygoda z opowiadaniami się nie kończy. Spokojnie, jeszcze będę Was katować ;)
Kocham Was ;*
~T
środa, 4 grudnia 2013
34 rozdział "Zdrajca"
Ciemność nabrała w końcu barw i mogłam dostrzec gdzie ja jestem. Leżałam na zimnej, białej podłodze. Wokół mnie panował chorobliwy porządek. Wszystko skąpane było w perłowej bieli i szarości. Pojęcia nie mam gdzie ja jestem. Nigdy wcześniej nie widziałam tego pomieszczenia na oczy.
Spróbowałam wstać, ale z początku nie szło mi to zbyt dobrze. Byłam zbyt słaba. W głowie nadal mi huczało. Tak samo jak w momencie kiedy padłam na ziemię. Zatem postanowiłam się tymczasowo poddać.
Nagle drzwi za moimi plecami otworzyły się z hukiem. Usłyszałam tupanie kobiecych szpilek. Mieszały się z innymi krokami. Chyba mężczyzny. Wtem ucichły. Z charakterystycznym dźwiękiem pocieranej skóry opadł na fotel. Kobieta z kolei nadal kroczyła w moją stronę. Wtem poczułam żelazny uścisk jej dłoni na swoim ramieniu. Odwróciła mnie na plecy. Jęknęłam cicho, ale ujrzałam jej twarz: burza czarnych, długich loków, chytry uśmiech. Miała na sobie czarną suknię. Swoje długie, pomalowane na czarno, szpony nadal wbijała mi w ramię. Bellatrix.
-Mmm.. Ładna twarzyczka -mruknęła Śmierciożerczyni, pogłaskawszy mnie po policzku.- Szkoda, że będziemy musieli ją trochę pokiereszować -dodała z wyszczerzem i odeszła do szarej komody, z której wyjęła ozdobny sztylet.
Spojrzałam lekko wystraszona całą sytuacją w prawo. Stał tam fotel a w nim zasiadał mężczyzna. Na oko miał ze 30 lat. Czarne włosy zdobiły jego łeb, a przebłyski siwizny dodawały lat. Ubrany był w wytarte dżinsy, koszulę i marynarkę od garnituru. W prawej ręce dzierżawił kieliszek z czerwonym winem, a w lewej dłoni bawił się brązową różdżką, kręcąc nią w palcach. Jego ciemne, brązowe oczy wgapiały się we mnie. Jakby z ciekawością przewiercał moją czaszkę żeby mnie poznać. Otwierałam już usta żeby coś powiedzieć, ale Lestrange stanęła nade mną. Spojrzałam na nią.
-Tak więc.. Jak masz na imię, kotku? -Spytała kucając obok mnie.
-Gdzie ja jestem? -Zapytałam, podpierając się na łokciach.
-Odpowiedz! -Krzyknęła poirytowana kobieta.
-T-Tatia.
-Salvador zapewne -Dopytała z wielkim uśmiechem, jakby chciała się upewnić.
-Tak. Czego ode mnie chcecie?
-Posłuchaj, skarbie. Wiem, że ci się to nie spodoba, ale co byś powiedziała na to by wkroczyć w nasze kręgi? -Zapytała wesoło.
W moment zbladłam. I to tyle? Te przygotowywania w domu ciotki, męki z Liamem podczas nauki, ten wilkołak w piwnicy, tyle wylanych łez, żeby na koniec po prostu mnie porwali z Hogwartu? W sumie lepiej, że nikt nie ucierpiał, ale to jakaś wielka pomyłka. Nie tak miała wyglądać moja walka z propozycją wstąpienia w kręgi Śmierciożerców. To wszystko miało wyglądać inaczej...
Pokręciłam tępo głową na znak odmowy.
-Tak myślałam... Zatem inaczej. Chcesz mieć znak takiego typu -powiedziała odkrywając swój Mroczny Znak- lub krwawy napis 'zdrajca'? -Spytała wymachując ostrzem przed moim nosem.
Przełknęłam ślinę zlękniona. Rzuciłam krótkie spojrzenie na mężczyznę i spróbowałam wstać, ale Bella mi to utrudniłam przyciskając mnie do podłoża.
-To jak będzie?
-Nie będę Śmierciożercą -syknęłam jej w twarz.
-Jeszcze się przekonamy -stwierdziła spokojnie.
Rozciągnęła moją rękę na zimnej podłodze i rozcięła rękaw szaty.
-Na pewno? -Spytała z uśmiechem, przykładając nóż do mojego przedramienia.
Nie czekała jednak na odpowiedź. Nagle poczułam jak zimna stal rozcina moją skórę. Na nakłuciu się nie skończyła. Ostrze posunęło się wzdłuż mojej ręki. Pisnęłam z bólu, a krew rozlała się dookoła. Kobieta bezlitośnie dokończyła literę 'Z'.
-Ahh. Dawno nie słyszałam takich wrzasków -stwierdziła z satysfakcją Bella.
Odwróciłam głowę w stronę mężczyzny. Ten nadal wgapiał się we mnie. Teraz ujrzałam lekki uśmiech na jego twarzy.
Wtem ostrze znowu przebiło moją skórę. Bellatrix tworzyła kolejne litery. Nie przejmowała się moimi piskami. Wręcz przeciwnie, delektowała się moim bólem.
-Przestań! -Krzyczałam raz po raz. Niestety bez skutku.
Gdy już traciłam przytomność ostrze przestało ryć litery w mojej ręce a na policzku poczułam dotyk czyjejś zimnej ręki.
-Gotowe -powiedziała Bellatrix z uśmiechem i wstała.
Nieprzytomnie odwróciłam głowę w stronę ręki, którą nadal przeszywał ból. Ujrzałam dość mały lecz dobrze widoczny krwawy napis 'zdrajca'. Dopiero teraz doszło do mnie, że z oczu wypływają mi łzy, a policzki były całkiem mokre.
Wtem w otworzonych na oścież drzwiach pojawił się zdyszany Quercy. Gdy tylko spojrzał na mnie w jednym momencie zbladł. Nie dziwię mu się. W końcu na środku pomieszczenia leżała dziewczyna z wyrytą raną na przed ramieniu, a dookoła ręki szerzyła się kałuża krwi. Quercy podbiegł do mnie. Nie wiedział za co się zabrać. Na zmianę kładł dłoń raz na moim brzuchu, raz na czole. W pewnym momencie odwrócił się do dwojga ludzi.
-Ty szujo -syknął na mężczyznę. Brat wstał i podszedł do nich.
-O nie, nie! To moje dzieło -Powiedziała z nieukrywaną dumą Bella, wskazując na siebie. Quercy złapał ją za szyję i lekko uniósł do góry tak, że Lestrange ledwo dotykała palcami ziemi.- Nie podoba ci się? -Wysapała z chytrym uśmieszkiem.
Quercy szarpnął nią tak, że Bellatrix upadła na podłogę. Złapała się za szyję próbując złapać oddech. Nie zwracając na nią uwagi mój braciszek stanął twarzą w twarz z mężczyzną, który właśnie podniósł się z fotela i łypał na niego wrogo.
-Jak śmiesz? -Warknął ciemnooki.
-To ja powinienem się spytać jak śmiech wyrządzać krzywdę dziewczynie, która nic ci nie zrobiła -ryknął Quercy.
-Synu, oboje wiemy czego chcę od Tatiany i nie pozwolę popełnić jej tego samego błędu co wasza matka -rzekł mężczyzna.
Wraz z tymi wszystkie moje przypuszczenia się dopełniły. Mężczyzna, który świdrował mnie wzrokiem przez cały czas moich tortur to mój ojciec. Dopiero teraz spostrzegłam te same oczy jak u mojego brata. Ciągle wmawiałam sobie, że ten człowiek cieszący się z mojego bólu to jakiś zwykły Śmierciożerca, towarzyszący Lestrange. Okłamywałam się, że mój ojciec podszedłby do mnie i pomógł mi. To ewidentnie potwierdza moją naiwność mimo to, że wiem jaki świat jest okrutny. Nadal łudzę się, że są ludzie z dobrym serduszkiem, którzy są gotowi pomóc. Tak naiwna, że aż głupia.
Rozpętała się szarpanina miedzy moim ojcem a bratem, której nie śledziłam, gdyż byłam tak oniemiała i słaba, że odpływałam w cichą i usypaną śniegiem krainę.
Wtem usłyszałam trzask a po nim dźwięk tłuczącego się szkła. Powoli spojrzałam w stronę źródła dźwięku i ujrzałam, że ojciec leży w szczątkach szafy z porcelaną, a Quercy stoi zdyszany z różdżką w ręku. Podbiegł do mnie i wziął mnie na ręce.
-Będzie dobrze -usłyszałam jego szept jakby z oddali i wtem poczułam dziwne szarpnięcie w okolicach pępka i zdałam sobie sprawę, że teleportowaliśmy sie pozostawiając po sobie dwóch nieprzytomnych czarodziejów i plamę krwi na podłodze.
*perspektywa Quercy'ego*
Wylądowałem w Hogwarcie. Gdy zebrałem siostrę z podłogi automatycznie pomyślałem o swoim gabinecie. Pojawiłem się zatem wraz z nią na środku zagraconego i brudnego pokoju. No cóż, nigdy nie lubiłem sprzątać.
Spojrzałem na siostrzyczkę na moich rękach. Tatia była nieprzytomna. Jej głowa bezwładnie zwisała z moich ramion, klatka piersiowa delikatnie unosiła się, a pokaleczona ręka brudziła krwią moją koszulę. Podszedłem do łóżka i ostrożnie położyłem na nim siostrę po czym szybkim krokiem podszedłem do szafki z eliksirami. Wytachałem z niej kilka fiolek. Następnie sięgnąłem po ręcznik i za pomocą różdżki oblałem go wodą. Podbiegłem zatem do Tatii i wytarłem krew, która nadal spływała po jej ramieniu. Następnie zacząłem lać zawartość fiolek na jej ranę.
Spróbowałam wstać, ale z początku nie szło mi to zbyt dobrze. Byłam zbyt słaba. W głowie nadal mi huczało. Tak samo jak w momencie kiedy padłam na ziemię. Zatem postanowiłam się tymczasowo poddać.
Nagle drzwi za moimi plecami otworzyły się z hukiem. Usłyszałam tupanie kobiecych szpilek. Mieszały się z innymi krokami. Chyba mężczyzny. Wtem ucichły. Z charakterystycznym dźwiękiem pocieranej skóry opadł na fotel. Kobieta z kolei nadal kroczyła w moją stronę. Wtem poczułam żelazny uścisk jej dłoni na swoim ramieniu. Odwróciła mnie na plecy. Jęknęłam cicho, ale ujrzałam jej twarz: burza czarnych, długich loków, chytry uśmiech. Miała na sobie czarną suknię. Swoje długie, pomalowane na czarno, szpony nadal wbijała mi w ramię. Bellatrix.
-Mmm.. Ładna twarzyczka -mruknęła Śmierciożerczyni, pogłaskawszy mnie po policzku.- Szkoda, że będziemy musieli ją trochę pokiereszować -dodała z wyszczerzem i odeszła do szarej komody, z której wyjęła ozdobny sztylet.
Spojrzałam lekko wystraszona całą sytuacją w prawo. Stał tam fotel a w nim zasiadał mężczyzna. Na oko miał ze 30 lat. Czarne włosy zdobiły jego łeb, a przebłyski siwizny dodawały lat. Ubrany był w wytarte dżinsy, koszulę i marynarkę od garnituru. W prawej ręce dzierżawił kieliszek z czerwonym winem, a w lewej dłoni bawił się brązową różdżką, kręcąc nią w palcach. Jego ciemne, brązowe oczy wgapiały się we mnie. Jakby z ciekawością przewiercał moją czaszkę żeby mnie poznać. Otwierałam już usta żeby coś powiedzieć, ale Lestrange stanęła nade mną. Spojrzałam na nią.
-Tak więc.. Jak masz na imię, kotku? -Spytała kucając obok mnie.
-Gdzie ja jestem? -Zapytałam, podpierając się na łokciach.
-Odpowiedz! -Krzyknęła poirytowana kobieta.
-T-Tatia.
-Salvador zapewne -Dopytała z wielkim uśmiechem, jakby chciała się upewnić.
-Tak. Czego ode mnie chcecie?
-Posłuchaj, skarbie. Wiem, że ci się to nie spodoba, ale co byś powiedziała na to by wkroczyć w nasze kręgi? -Zapytała wesoło.
W moment zbladłam. I to tyle? Te przygotowywania w domu ciotki, męki z Liamem podczas nauki, ten wilkołak w piwnicy, tyle wylanych łez, żeby na koniec po prostu mnie porwali z Hogwartu? W sumie lepiej, że nikt nie ucierpiał, ale to jakaś wielka pomyłka. Nie tak miała wyglądać moja walka z propozycją wstąpienia w kręgi Śmierciożerców. To wszystko miało wyglądać inaczej...
Pokręciłam tępo głową na znak odmowy.
-Tak myślałam... Zatem inaczej. Chcesz mieć znak takiego typu -powiedziała odkrywając swój Mroczny Znak- lub krwawy napis 'zdrajca'? -Spytała wymachując ostrzem przed moim nosem.
Przełknęłam ślinę zlękniona. Rzuciłam krótkie spojrzenie na mężczyznę i spróbowałam wstać, ale Bella mi to utrudniłam przyciskając mnie do podłoża.
-To jak będzie?
-Nie będę Śmierciożercą -syknęłam jej w twarz.
-Jeszcze się przekonamy -stwierdziła spokojnie.
Rozciągnęła moją rękę na zimnej podłodze i rozcięła rękaw szaty.
-Na pewno? -Spytała z uśmiechem, przykładając nóż do mojego przedramienia.
Nie czekała jednak na odpowiedź. Nagle poczułam jak zimna stal rozcina moją skórę. Na nakłuciu się nie skończyła. Ostrze posunęło się wzdłuż mojej ręki. Pisnęłam z bólu, a krew rozlała się dookoła. Kobieta bezlitośnie dokończyła literę 'Z'.
-Ahh. Dawno nie słyszałam takich wrzasków -stwierdziła z satysfakcją Bella.
Odwróciłam głowę w stronę mężczyzny. Ten nadal wgapiał się we mnie. Teraz ujrzałam lekki uśmiech na jego twarzy.
Wtem ostrze znowu przebiło moją skórę. Bellatrix tworzyła kolejne litery. Nie przejmowała się moimi piskami. Wręcz przeciwnie, delektowała się moim bólem.
-Przestań! -Krzyczałam raz po raz. Niestety bez skutku.
Gdy już traciłam przytomność ostrze przestało ryć litery w mojej ręce a na policzku poczułam dotyk czyjejś zimnej ręki.
-Gotowe -powiedziała Bellatrix z uśmiechem i wstała.
Nieprzytomnie odwróciłam głowę w stronę ręki, którą nadal przeszywał ból. Ujrzałam dość mały lecz dobrze widoczny krwawy napis 'zdrajca'. Dopiero teraz doszło do mnie, że z oczu wypływają mi łzy, a policzki były całkiem mokre.
Wtem w otworzonych na oścież drzwiach pojawił się zdyszany Quercy. Gdy tylko spojrzał na mnie w jednym momencie zbladł. Nie dziwię mu się. W końcu na środku pomieszczenia leżała dziewczyna z wyrytą raną na przed ramieniu, a dookoła ręki szerzyła się kałuża krwi. Quercy podbiegł do mnie. Nie wiedział za co się zabrać. Na zmianę kładł dłoń raz na moim brzuchu, raz na czole. W pewnym momencie odwrócił się do dwojga ludzi.
-Ty szujo -syknął na mężczyznę. Brat wstał i podszedł do nich.
-O nie, nie! To moje dzieło -Powiedziała z nieukrywaną dumą Bella, wskazując na siebie. Quercy złapał ją za szyję i lekko uniósł do góry tak, że Lestrange ledwo dotykała palcami ziemi.- Nie podoba ci się? -Wysapała z chytrym uśmieszkiem.
Quercy szarpnął nią tak, że Bellatrix upadła na podłogę. Złapała się za szyję próbując złapać oddech. Nie zwracając na nią uwagi mój braciszek stanął twarzą w twarz z mężczyzną, który właśnie podniósł się z fotela i łypał na niego wrogo.
-Jak śmiesz? -Warknął ciemnooki.
-To ja powinienem się spytać jak śmiech wyrządzać krzywdę dziewczynie, która nic ci nie zrobiła -ryknął Quercy.
-Synu, oboje wiemy czego chcę od Tatiany i nie pozwolę popełnić jej tego samego błędu co wasza matka -rzekł mężczyzna.
Wraz z tymi wszystkie moje przypuszczenia się dopełniły. Mężczyzna, który świdrował mnie wzrokiem przez cały czas moich tortur to mój ojciec. Dopiero teraz spostrzegłam te same oczy jak u mojego brata. Ciągle wmawiałam sobie, że ten człowiek cieszący się z mojego bólu to jakiś zwykły Śmierciożerca, towarzyszący Lestrange. Okłamywałam się, że mój ojciec podszedłby do mnie i pomógł mi. To ewidentnie potwierdza moją naiwność mimo to, że wiem jaki świat jest okrutny. Nadal łudzę się, że są ludzie z dobrym serduszkiem, którzy są gotowi pomóc. Tak naiwna, że aż głupia.
Rozpętała się szarpanina miedzy moim ojcem a bratem, której nie śledziłam, gdyż byłam tak oniemiała i słaba, że odpływałam w cichą i usypaną śniegiem krainę.
Wtem usłyszałam trzask a po nim dźwięk tłuczącego się szkła. Powoli spojrzałam w stronę źródła dźwięku i ujrzałam, że ojciec leży w szczątkach szafy z porcelaną, a Quercy stoi zdyszany z różdżką w ręku. Podbiegł do mnie i wziął mnie na ręce.
-Będzie dobrze -usłyszałam jego szept jakby z oddali i wtem poczułam dziwne szarpnięcie w okolicach pępka i zdałam sobie sprawę, że teleportowaliśmy sie pozostawiając po sobie dwóch nieprzytomnych czarodziejów i plamę krwi na podłodze.
*perspektywa Quercy'ego*
Wylądowałem w Hogwarcie. Gdy zebrałem siostrę z podłogi automatycznie pomyślałem o swoim gabinecie. Pojawiłem się zatem wraz z nią na środku zagraconego i brudnego pokoju. No cóż, nigdy nie lubiłem sprzątać.
Spojrzałem na siostrzyczkę na moich rękach. Tatia była nieprzytomna. Jej głowa bezwładnie zwisała z moich ramion, klatka piersiowa delikatnie unosiła się, a pokaleczona ręka brudziła krwią moją koszulę. Podszedłem do łóżka i ostrożnie położyłem na nim siostrę po czym szybkim krokiem podszedłem do szafki z eliksirami. Wytachałem z niej kilka fiolek. Następnie sięgnąłem po ręcznik i za pomocą różdżki oblałem go wodą. Podbiegłem zatem do Tatii i wytarłem krew, która nadal spływała po jej ramieniu. Następnie zacząłem lać zawartość fiolek na jej ranę.
-Proszę... Obudź się -jęknąłem cicho.
Odłożyłem fiolki i spojrzałem na spokojną twarz dziewczyny. Pogładziłem ją po policzku, a ta w tym samym momencie otworzyła oczy. Na mojej twarzy zagościł uśmiech i poczucie ulgi.
-Jak się czujesz? -Spytałem cicho.
Tatia usiadła i spojrzała na mnie niewinnie. W jej oczach widziałem przerażenie, a zarazem ból.
-Czy... Czy to był... Ian? -Wyszeptała i zaczęła lekko drżeć.
Zrezygnowany, pokiwałem głową, by rozwiać jej wymarzone nadzieje, że to był nieznany jej Śmierciożerca.
Ta również pokiwała głową, ale bardziej nerwowo. Jakby chciała dać do zrozumienia, że przyjęła to ze spokojem i zrozumieniem. Ale w rzeczywistości tak nie było. Na jej twarzy malował się coraz większy lęk.
-Skarbie -wyszeptałem błagalnie i usiadłem obok niej.
Ta jęknęła cichutko spuszczając głowę po czym po jej policzkach spłynęły łzy. Automatycznie przytuliłem ją mocno. To samo robiła gdy była mała. Gdy tylko się bała, popadała w swoje napady lęku, ale próbowała zachowywać się normalnie. Starała się uśmiechać, lecz wszystko to było tak sztuczne, że zawsze obrzucałem ją podejrzliwym wzrokiem. Wtedy ta spuszczała głowę i zaczynała płakać.
Jednak ona nie mogła tego pamiętać, bo wyczyściłem jej pamięć co do wspomnień z naszego rodzinnego domu.
Jednak ona nie mogła tego pamiętać, bo wyczyściłem jej pamięć co do wspomnień z naszego rodzinnego domu.
-Będzie dobrze -wyszeptałem gładząc ją po plecach.- Nie płacz...
Ta wtuliła się we mnie. Przez chwilę siedzieliśmy przyklejeni do siebie. Słychać było jedynie szloch dziewczyny. Nie dziwię jej się. To straszne uczucie, gdy dowiaduje się, że jej ojciec jest mordercą jej matki, a teraz z satysfakcją oglądał jej tortury.
-Dlaczego od razu nie zrobili mi Znaku? -Spytała cicho, gdy się uspokoiła.
-Nie wiem. Chcą się pewnie poznęcać, ale potraktuj to jako ostrzeżenie -poprosiłem łagodnie, spojrzawszy na nią.
Tatia pokiwała delikatnie głową i ponownie wtuliła się we mnie, a ja pogładziłem ją po plecach.
**nieco później**
*perspektywa Tatii*
Szłam właśnie trochę przygnębiona na Wielką Salę. Nie jest bowiem nowością, że byłam głodna. Wcześniej zajrzałam jeszcze do Skrzydła Szpitalnego by spotkać się z Draco, ale nie zastałam go tam. Pewnie mógł już wyjść i siedzi w Pokoju Wspólnym Ślizgonów. Z uwagi na to iż nie chcę się z nikim spotykać prócz Malfoy'a to nie pchałam się do pełnego uczniów Pokoju.
Weszłam na pustą Salę, gdzie stoły były jeszcze zastawione daniami z kolacji.Usiadłam więc przy stole puchońskim i złapałam za tosta.
Wtem oblał mnie cień czyjejś postury. Wkurzona myślą, że ludzie nie dadzą mi spokojnie zjeść odwróciłam się i ujrzałam lekko ubrudzoną w ziemi szatę. Uniosłam wzrok i spostrzegłam zdenerwowaną twarz pani Sprout.
- Dz-dzień dobry -wydukałam zdziwiona jej miną, gdyż pani profesor stosunkowo rzadko jest w takim humorze.
-No nie wiem czy taki dobry -burknęła kobieta.
-O co chodzi, pani profesor? -Spytałam zdumiona.
-Od kiedy możemy sobie opuszczać szkołę bez niczyjej zgody? -Zagrzmiała pani Sprout.
Spojrzałam na nią zmieszana. Pierwsze co mnie zdziwiło to to skąd się dowiedziała o mojej nieobecności.
I teraz co? Mam prosto z mostu powiedzieć, że uprowadziła mnie Śmierciożerczyni wraz z moim psychicznym ojcem, żeby namówić mnie do wkroczenia w szeregi Voldemorta? Może mam jej pokazać krwawy napis na moim ramieniu i poskarżyć się, że zrobiła mi to Bellatrix Lestrange?
Spojrzałam zatem na nią i otworzyłam tępo usta nie wiedząc co powiedzieć.
-Słucham -ponagliła opiekunka mojego domu.
-J-ja... nie mogę powiedzieć -wymamrotałam cicho.
Sprout westchnęła i przykucnęła tak, że jej nos była na wysokości moich ust.
-Tatia, jeżeli chodzi twojego ojca to powiedz -mruknęła cicho, ale zrozumiale.
-A-ale...
-O niego chodzi? -Spytała zrezygnmwanym tonem głosu.
Pokiwałam jedynie głową zdumiona tym, że pani profesor wie o moim ojcu.
Sprout uśmiechnęła się i położyła krzepiąco dłoń na moim kolanie.
-Coś ci zrobił? -Zapytała cicho.
-On nie -wyszeptałam.- Ale skąd pani wie?
-Twoja ciocia mi powiedziała, gdy zabierała cię ze szkoły -odparła spokojnie.
Pokiwałam głową po czym wstałam z miejsca.
-Przepraszam -wymamrotałam zmieszana i ruszyłam w stronę domu Puchonów.
Przeszłam przez obraz do wypełnionego uczniami pomieszczenia. Rozejrzałam się dookoła po czym poleciałam do dormitorium nie zwracając na nikogo uwagi. Mój pokój był z kolei pusty. Zamknęłam zatem drzwi i podeszłam do szafki nocnej. Otworzyłam ją, ale usiadłam na łóżku, stojącym zaraz obok niej. Westchnęłam zrezygnowana, wgapiając się tępo w zawartość szuflady.
Po chwili namysłu sięgnęłam do wnętrza szafki i wyjęłam z niej żyletkę. Drżącą ręką przyłożyłam ostrzę do nadgarstka.
____________________________________________________________
Zatem jest kolejny rozdział. Dedykuję go Patrycji, która lekko podniosła mnie na duchu, żeby dalej pisać tego bloga. :) Muszę się Wam bowiem przyznać, że straciłam wiarę w tego bloga i odeszła ode mnie chęć do dalszego go pisania. Uważam bowiem, że jest on nudny, monotonny, a miejscami nawet dziecinny. Jednym słowem to nie podoba mi się :(
Całusy.
~T
-Dlaczego od razu nie zrobili mi Znaku? -Spytała cicho, gdy się uspokoiła.
-Nie wiem. Chcą się pewnie poznęcać, ale potraktuj to jako ostrzeżenie -poprosiłem łagodnie, spojrzawszy na nią.
Tatia pokiwała delikatnie głową i ponownie wtuliła się we mnie, a ja pogładziłem ją po plecach.
**nieco później**
*perspektywa Tatii*
Szłam właśnie trochę przygnębiona na Wielką Salę. Nie jest bowiem nowością, że byłam głodna. Wcześniej zajrzałam jeszcze do Skrzydła Szpitalnego by spotkać się z Draco, ale nie zastałam go tam. Pewnie mógł już wyjść i siedzi w Pokoju Wspólnym Ślizgonów. Z uwagi na to iż nie chcę się z nikim spotykać prócz Malfoy'a to nie pchałam się do pełnego uczniów Pokoju.
Weszłam na pustą Salę, gdzie stoły były jeszcze zastawione daniami z kolacji.Usiadłam więc przy stole puchońskim i złapałam za tosta.
Wtem oblał mnie cień czyjejś postury. Wkurzona myślą, że ludzie nie dadzą mi spokojnie zjeść odwróciłam się i ujrzałam lekko ubrudzoną w ziemi szatę. Uniosłam wzrok i spostrzegłam zdenerwowaną twarz pani Sprout.
- Dz-dzień dobry -wydukałam zdziwiona jej miną, gdyż pani profesor stosunkowo rzadko jest w takim humorze.
-No nie wiem czy taki dobry -burknęła kobieta.
-O co chodzi, pani profesor? -Spytałam zdumiona.
-Od kiedy możemy sobie opuszczać szkołę bez niczyjej zgody? -Zagrzmiała pani Sprout.
Spojrzałam na nią zmieszana. Pierwsze co mnie zdziwiło to to skąd się dowiedziała o mojej nieobecności.
I teraz co? Mam prosto z mostu powiedzieć, że uprowadziła mnie Śmierciożerczyni wraz z moim psychicznym ojcem, żeby namówić mnie do wkroczenia w szeregi Voldemorta? Może mam jej pokazać krwawy napis na moim ramieniu i poskarżyć się, że zrobiła mi to Bellatrix Lestrange?
Spojrzałam zatem na nią i otworzyłam tępo usta nie wiedząc co powiedzieć.
-Słucham -ponagliła opiekunka mojego domu.
-J-ja... nie mogę powiedzieć -wymamrotałam cicho.
Sprout westchnęła i przykucnęła tak, że jej nos była na wysokości moich ust.
-Tatia, jeżeli chodzi twojego ojca to powiedz -mruknęła cicho, ale zrozumiale.
-A-ale...
-O niego chodzi? -Spytała zrezygnmwanym tonem głosu.
Pokiwałam jedynie głową zdumiona tym, że pani profesor wie o moim ojcu.
Sprout uśmiechnęła się i położyła krzepiąco dłoń na moim kolanie.
-Coś ci zrobił? -Zapytała cicho.
-On nie -wyszeptałam.- Ale skąd pani wie?
-Twoja ciocia mi powiedziała, gdy zabierała cię ze szkoły -odparła spokojnie.
Pokiwałam głową po czym wstałam z miejsca.
-Przepraszam -wymamrotałam zmieszana i ruszyłam w stronę domu Puchonów.
Przeszłam przez obraz do wypełnionego uczniami pomieszczenia. Rozejrzałam się dookoła po czym poleciałam do dormitorium nie zwracając na nikogo uwagi. Mój pokój był z kolei pusty. Zamknęłam zatem drzwi i podeszłam do szafki nocnej. Otworzyłam ją, ale usiadłam na łóżku, stojącym zaraz obok niej. Westchnęłam zrezygnowana, wgapiając się tępo w zawartość szuflady.
Po chwili namysłu sięgnęłam do wnętrza szafki i wyjęłam z niej żyletkę. Drżącą ręką przyłożyłam ostrzę do nadgarstka.
____________________________________________________________
Zatem jest kolejny rozdział. Dedykuję go Patrycji, która lekko podniosła mnie na duchu, żeby dalej pisać tego bloga. :) Muszę się Wam bowiem przyznać, że straciłam wiarę w tego bloga i odeszła ode mnie chęć do dalszego go pisania. Uważam bowiem, że jest on nudny, monotonny, a miejscami nawet dziecinny. Jednym słowem to nie podoba mi się :(
Całusy.
~T
wtorek, 19 listopada 2013
33 rozdział "Masz nowego wybawiciela."
Spojrzałam na spokojną twarz Draco. Jego klatka piersiowa unosiła się regularnie co znaczyło, że smacznie sobie śpi. Blond włosy bezwładnie opadały na jego czoło.
Podeszłam do jego łóżka i usiadłam na krześle obok niego. Spojrzałam na Ślizgona z delikatnym uśmiechem widząc, że na jego nadgarstku znajdowała się bransoletka, na której lśniła połówka serca. Zgarnęłam włosy z jego zamkniętych oczu po czym oparłam się o krzesło cofając dłonie.
Może Carmen miała rację? Może ktoś rzucił na niego Imperiusa?
Bardzo łatwo mi przychodzi ta myśl, gdyż nadal kocham tą tlenioną sierotę i nie chcę go stracić. Prawdą jest, że zabolał mnie widok Draco i Pansy razem, ale co mam zrobić, jeżeli pomimo tego nadal go kocham...
Spojrzałam przez okno i ujrzałam, że zaczął znów padać śnieg. Nie padał już od jakiegoś tygodnia. Przez te wydarzenia z ostatnich kilku dni nie zauważyłam nawet kiedy biały puch okrył zmarzniętą trawę i otulił dolne partie okien szkoły. Lubię zimę, ale tylko jako porę roku. Choć jest zimno to i tak lubię naparzać się śnieżkami ze znajomymi, a później przesiedzieć pół dnia opatulona w koc z kubkiem gorącej czekolady w ręku.
Wtem moje rozmyślania przerwał dotyk czyjejś dłoni na moim kolanie. Wzdrygnęłam się lekko i spojrzałam na nogę, której dotykała ręka Draco. Uniosłam wzrok znad kolana i ujrzałam otwarte oczy tlenionego. Patrzył na mnie ze smutkiem.
-Dlaczego tu jesteś? -Spytał cicho.
Nawet w głosie można było wyczuć tę smętną aurę, której za wszelką cenę chciałam teraz uniknąć.
-Chciałam zobaczyć co z tobą, sieroto -odparłam łagodnie i pogładziłam go po policzku.
Ten cofnął dłoń i uśmiechnął się blado.
-Jak się czujesz? -Zapytałam.
-Dobrze. Zabrali mnie tu, bo leżałem jak nieżywy na środku dormitorium. Nie wpadli na to, że po prostu straciłem przytomność.
Zaśmiałam się słabo, ale po chwili spoważniałam.
-Przepraszam -wybełkotałam.
-Za co? -Zdziwił się Malfoy.
-To przeze mnie cię to spotkało.. Nie chciałam -jęknęłam spuszczając głowę..
Było mi tak cholernie głupio. Przeze mnie Draco dostał Crucio choć mu się to nie należało. Jak już to ja powinnam wić się po ziemi przeszywana bólem. To ja powinnam teraz leżeć na łóżku szpitalnym. To tak nie miało być...
Draco złapał mnie za dłoń i podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Spojrzałam na niego mokrymi oczami.
-Po pierwsze to nie płacz, bo nie lubię gdy się smucisz. Po drugie to nie twoja wina. I tak prędzej czy później oberwałoby mi się. Jak nie od Liama to od kogoś innego.
Uśmiechnęłam się blado, a ten oduśmiechnął się.
-Przejdziemy przez to razem. Dobrze? -Spytał niepewnie.
-Dlaczego to zrobiłeś? -Zapytałam cicho, olewając to co przed chwilą powiedział.
-Chodzi ci o tą akcję z Pansy? -Spytał, a ja pokiwałam głową. Draco westchnął.- To zabrzmi arcygłupio, ale... Nie wiem. W dzień twojego powrotu do Hogwartu czułem się jakby nikt dla mnie nie istniał, a ja dla nikogo. Zapomniałem o wszystkim i ... Wtedy przyszła Pansy. Zaczęliśmy rozmawiać i jakoś tak wyszło -wymamrotał cicho, a widząc, że posmutniałam jeszcze bardziej postanowił kontynuować.- Kiedy cię jednak zauważyłem doszło do mnie co ja robię. Zrozum, że nie wiem dlaczego to zrobiłem -jęknął błagalnie.
Pokiwałam jedynie głową i wstałam.
-Nie idź, proszę...
-Muszę się dowiedzieć kto rzucił na ciebie Imperiusa -burknęłam i zostawiając Draco z tępą miną wyszłam ze Skrzydła.
Ruszyłam prosto do sali, gdzie miała się odbyć transmutacja, bo niedługo miał być dzwon. Kiedy doszłam pod salę ujrzałam grupkę Puchonów i Krukonów. Wszyscy rozmawiali wesoło, a ja wyjęłam księgę i zaczęłam tępo wgapiać się w zapisane stronice rozmyślając jak podejść Liama.
Wtem zadzwonił dzwon, a chwilę później drzwi od sali transmutacji otworzyły się, a McGonagall wpuściła nas do środka.
***
Nadeszła pora obiadu zatem wybrałam się na Wielką Salę z lekkim uśmiechem. Idąc korytarzem w stronę owego pomieszczenia minęłam Blaise'a.
-Cześć Tatia -powiedział zatrzymując się.
-Yy.. Hej -odparłam lekko zdziwiona tym, że Zabini się do mnie odezwał.
Ślizgon uśmiechnął się i ruszył dalej, a ja stałam otępiała jak idiota. W końcu ruszyłam się z miejsca, ale bardzo powoli i niepewnie.
Czy ja coś zrobiłam, że Zabini mówi mi 'cześć'? Może coś przeskrobałam? Cholera go wie.
Ruszyłam zatem na Wielką Salę. Wlazłam do pomieszczenia i usiadłam przy stole Puchonów. Tam zjadłam szybko obiad. Cedric patrzył na mnie tępo.
-Pali się? -Spytał wesoło.
Spojrzałam na wyjście i ujrzałam wychodzącego z Sali Liama.
-Tak -odparłam szybko i zerwałam się z miejsca. Zrobiłam to jednak za szybko i zahaczyłam nogą o ławkę co skutkowało głośnym hukiem o podłogę. Wstałam jednak szybko, otrzepałam się, oznajmiłam, że nic mi nie jest i poleciałam do wyjścia.
Rozejrzałam się po korytarzu i zauważyłam, że Liam kieruje się do lochów. Poszłam więc za nim z lekkim dystansem nadal kłócąc się ze zdrowym rozsądkiem.
-Ejj! -Burknęłam w końcu, a ten przystanął w miejscu i odwrócił się. Na jego twarzy zagościł chamski uśmieszek.
-Widzę, że się namyśliłaś. Bardzo dobrze, bo..
-Nie Liam. Nie wrócę do ciebie -przerwałam mu podchodząc odważnie do niego.
-Zatem czego chcesz? -Spytał lekko zdziwiony.
-Dlaczego rzuciłeś na Draco Imperiusa? -Spytałam prosto z mostu.
Liam spojrzał na mnie tępo.
-Słucham? -Zapytał.
-Dlaczego rzuciłeś na niego Imperiusa? -Powtórzyłam odważniej.
Ten uśmiechnął się chamsko i zbliżył się do mnie.
-Już rozumiem. Próbujesz zrzucić na mnie winę, bo nadal łudzisz się, że on cię kocha -zaśmiał się gładząc mnie po ramieniu.
Policzki mnie zapiekły z gniewu. Cofnęłam się szybko do tyłu, ale natrafiłam na ścianę.
-Nie drocz się ze mną, bo wiem, że to ty -warknęłam.
-Przyznaję: pomysł dobry, ale to nie ja -odparł spokojnie.
Spojrzałam na niego zdenerwowana. Mówił prawdę. To nie on.
Znam go dość dobrze i wiem kiedy mówi prawdę. Gdy kłamie uśmiecha się nieznacznie co go zdradza.
-Puść mnie -powiedziałam zrezygnowanym tonem głosu.
Ten zaśmiał się jedynie, ale nie ruszył się z miejsca. Szarpnęłam rękę, którą trzymał mocno. Nic z tego. Ten kolos miał żelazny uścisk. Spuściłam głowę czując się na straconej pozycji.
-Odsuń się od niej -usłyszałam jakiś głos po mojej prawej stronie.
Spojrzałam w tamtą stronę korytarza i ujrzałam... Zabiniego. Patrzył poirytowany na Liama.
Ten uśmiechnął się wrednie.
-Masz nowego wybawiciela -wyszeptał mi na ucho i odsunął się ode mnie z uniesionymi rękoma. Rzucił Blaise'owi piorunujące spojrzenie po czym ruszył korytarzem jakby nigdy nic. Zabini podszedł do mnie i dotknął mojego ramienia.
-W porządku? -Spytał troskliwie.
Pokiwałam tępo głową powstrzymując jakiekolwiek reakcje.
-Halo? -Zaniepokoił się moim dziwnym stanem.
Wbrew mojej woli łzy spłynęły po moich policzkach. Ślizgon przytulił mnie mocno.
-Już nie wiem co robić. To nie on rzucił Imperio na Draco. A co jeśli nikt mu nie kazał tego robić? -Wyjęczałam jednym tchem.
Ten niepewnie pogładził mnie po plecach. Przyklejona to jego klatki piersiowej poczułam jak ta unosi się nabierając powietrze, jakby chciał coś powiedzieć. Przez jakiś czas jego płuca były wypełnione świeżym tlenem, gdyż nie wypuszczał powietrza z nich.
-On.. On nie zrobił tego z własnej woli -powiedział w końcu.
Wyłoniłam lekko zaczerwienioną twarz i spojrzałam na niego.
-Skąd wiesz? -Spytałam cicho.
Ten westchnął spuszczając głowę.
-Bo... Bo... Bo to ja rzuciłem Imperio -wydukał cicho.
Odsunęłam się od niego nadal wgapiając się w Ślizgona tępo.
-Co? -Wymamrotałam zszokowana.
-No bo.. No bo podobasz mi się -wyjaśnił z wielkim trudem.- Wiedziałem, że z własnej woli nie rzucisz Draco, ani on ciebie..
Patrzyłam na niego otępiała.
Zabini... Blaise Zabini, który wcześniej wyzywał mnie od szlam, teraz mówi, że się we mnie zakochał...
-Przepraszam. Bardzo cię przepraszam Nie chciałem żebyś cierpiała. Głupio wyszło -mruknął cicho.
-Głupio wyszło? Na drugi raz pomyśl -ryknęłam na niego po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam korytarzem ku Pokojowi Wspólnemu Puchonów.
Bez sensu. Liam w Hogwarcie, pocałunek Draco i Pansy, zakochany we mnie Zabini, ojciec pragnący mojej śmierci. Czuję się jak w jakimś koszmarze, z którego chcę się jak najszybciej obudzić.
Wtem usłyszałam jakiś huk za moimi plecami. Gdy się odwróciłam ujrzałam jedynie dwie czarne postacie w białych maskach, które wtargnęły do zamku przez dziurę w ścianie. W sumie to tyle, gdyż przed oczami pojawiły się mroczki, po chwili ogarnęła mnie ciemność, czyli jednym słowem film mi się urwał...
____________________________________________________________
W ciul mi się nie podoba ten rozdział -,-
Chyba widać moją desperację... WENO! Cholero jedna. Wróć! T.T
No nic. Mam dla Was nową wieść. Azaliż moje słońce założyło bloga ^^
Chłopaczyna pisze o Doctor'ze Who, ale zachęcam wszystkich, bo ma talent :3
http://doctor-who-jack-tatia.blogspot.com/
~Tina
Podeszłam do jego łóżka i usiadłam na krześle obok niego. Spojrzałam na Ślizgona z delikatnym uśmiechem widząc, że na jego nadgarstku znajdowała się bransoletka, na której lśniła połówka serca. Zgarnęłam włosy z jego zamkniętych oczu po czym oparłam się o krzesło cofając dłonie.
Może Carmen miała rację? Może ktoś rzucił na niego Imperiusa?
Bardzo łatwo mi przychodzi ta myśl, gdyż nadal kocham tą tlenioną sierotę i nie chcę go stracić. Prawdą jest, że zabolał mnie widok Draco i Pansy razem, ale co mam zrobić, jeżeli pomimo tego nadal go kocham...
Spojrzałam przez okno i ujrzałam, że zaczął znów padać śnieg. Nie padał już od jakiegoś tygodnia. Przez te wydarzenia z ostatnich kilku dni nie zauważyłam nawet kiedy biały puch okrył zmarzniętą trawę i otulił dolne partie okien szkoły. Lubię zimę, ale tylko jako porę roku. Choć jest zimno to i tak lubię naparzać się śnieżkami ze znajomymi, a później przesiedzieć pół dnia opatulona w koc z kubkiem gorącej czekolady w ręku.
Wtem moje rozmyślania przerwał dotyk czyjejś dłoni na moim kolanie. Wzdrygnęłam się lekko i spojrzałam na nogę, której dotykała ręka Draco. Uniosłam wzrok znad kolana i ujrzałam otwarte oczy tlenionego. Patrzył na mnie ze smutkiem.
-Dlaczego tu jesteś? -Spytał cicho.
Nawet w głosie można było wyczuć tę smętną aurę, której za wszelką cenę chciałam teraz uniknąć.
-Chciałam zobaczyć co z tobą, sieroto -odparłam łagodnie i pogładziłam go po policzku.
Ten cofnął dłoń i uśmiechnął się blado.
-Jak się czujesz? -Zapytałam.
-Dobrze. Zabrali mnie tu, bo leżałem jak nieżywy na środku dormitorium. Nie wpadli na to, że po prostu straciłem przytomność.
Zaśmiałam się słabo, ale po chwili spoważniałam.
-Przepraszam -wybełkotałam.
-Za co? -Zdziwił się Malfoy.
-To przeze mnie cię to spotkało.. Nie chciałam -jęknęłam spuszczając głowę..
Było mi tak cholernie głupio. Przeze mnie Draco dostał Crucio choć mu się to nie należało. Jak już to ja powinnam wić się po ziemi przeszywana bólem. To ja powinnam teraz leżeć na łóżku szpitalnym. To tak nie miało być...
Draco złapał mnie za dłoń i podniósł się powoli do pozycji siedzącej. Spojrzałam na niego mokrymi oczami.
-Po pierwsze to nie płacz, bo nie lubię gdy się smucisz. Po drugie to nie twoja wina. I tak prędzej czy później oberwałoby mi się. Jak nie od Liama to od kogoś innego.
Uśmiechnęłam się blado, a ten oduśmiechnął się.
-Przejdziemy przez to razem. Dobrze? -Spytał niepewnie.
-Dlaczego to zrobiłeś? -Zapytałam cicho, olewając to co przed chwilą powiedział.
-Chodzi ci o tą akcję z Pansy? -Spytał, a ja pokiwałam głową. Draco westchnął.- To zabrzmi arcygłupio, ale... Nie wiem. W dzień twojego powrotu do Hogwartu czułem się jakby nikt dla mnie nie istniał, a ja dla nikogo. Zapomniałem o wszystkim i ... Wtedy przyszła Pansy. Zaczęliśmy rozmawiać i jakoś tak wyszło -wymamrotał cicho, a widząc, że posmutniałam jeszcze bardziej postanowił kontynuować.- Kiedy cię jednak zauważyłem doszło do mnie co ja robię. Zrozum, że nie wiem dlaczego to zrobiłem -jęknął błagalnie.
Pokiwałam jedynie głową i wstałam.
-Nie idź, proszę...
-Muszę się dowiedzieć kto rzucił na ciebie Imperiusa -burknęłam i zostawiając Draco z tępą miną wyszłam ze Skrzydła.
Ruszyłam prosto do sali, gdzie miała się odbyć transmutacja, bo niedługo miał być dzwon. Kiedy doszłam pod salę ujrzałam grupkę Puchonów i Krukonów. Wszyscy rozmawiali wesoło, a ja wyjęłam księgę i zaczęłam tępo wgapiać się w zapisane stronice rozmyślając jak podejść Liama.
Wtem zadzwonił dzwon, a chwilę później drzwi od sali transmutacji otworzyły się, a McGonagall wpuściła nas do środka.
***
Nadeszła pora obiadu zatem wybrałam się na Wielką Salę z lekkim uśmiechem. Idąc korytarzem w stronę owego pomieszczenia minęłam Blaise'a.
-Cześć Tatia -powiedział zatrzymując się.
-Yy.. Hej -odparłam lekko zdziwiona tym, że Zabini się do mnie odezwał.
Ślizgon uśmiechnął się i ruszył dalej, a ja stałam otępiała jak idiota. W końcu ruszyłam się z miejsca, ale bardzo powoli i niepewnie.
Czy ja coś zrobiłam, że Zabini mówi mi 'cześć'? Może coś przeskrobałam? Cholera go wie.
Ruszyłam zatem na Wielką Salę. Wlazłam do pomieszczenia i usiadłam przy stole Puchonów. Tam zjadłam szybko obiad. Cedric patrzył na mnie tępo.
-Pali się? -Spytał wesoło.
Spojrzałam na wyjście i ujrzałam wychodzącego z Sali Liama.
-Tak -odparłam szybko i zerwałam się z miejsca. Zrobiłam to jednak za szybko i zahaczyłam nogą o ławkę co skutkowało głośnym hukiem o podłogę. Wstałam jednak szybko, otrzepałam się, oznajmiłam, że nic mi nie jest i poleciałam do wyjścia.
Rozejrzałam się po korytarzu i zauważyłam, że Liam kieruje się do lochów. Poszłam więc za nim z lekkim dystansem nadal kłócąc się ze zdrowym rozsądkiem.
-Ejj! -Burknęłam w końcu, a ten przystanął w miejscu i odwrócił się. Na jego twarzy zagościł chamski uśmieszek.
-Widzę, że się namyśliłaś. Bardzo dobrze, bo..
-Nie Liam. Nie wrócę do ciebie -przerwałam mu podchodząc odważnie do niego.
-Zatem czego chcesz? -Spytał lekko zdziwiony.
-Dlaczego rzuciłeś na Draco Imperiusa? -Spytałam prosto z mostu.
Liam spojrzał na mnie tępo.
-Słucham? -Zapytał.
-Dlaczego rzuciłeś na niego Imperiusa? -Powtórzyłam odważniej.
Ten uśmiechnął się chamsko i zbliżył się do mnie.
-Już rozumiem. Próbujesz zrzucić na mnie winę, bo nadal łudzisz się, że on cię kocha -zaśmiał się gładząc mnie po ramieniu.
Policzki mnie zapiekły z gniewu. Cofnęłam się szybko do tyłu, ale natrafiłam na ścianę.
-Nie drocz się ze mną, bo wiem, że to ty -warknęłam.
-Przyznaję: pomysł dobry, ale to nie ja -odparł spokojnie.
Spojrzałam na niego zdenerwowana. Mówił prawdę. To nie on.
Znam go dość dobrze i wiem kiedy mówi prawdę. Gdy kłamie uśmiecha się nieznacznie co go zdradza.
-Puść mnie -powiedziałam zrezygnowanym tonem głosu.
Ten zaśmiał się jedynie, ale nie ruszył się z miejsca. Szarpnęłam rękę, którą trzymał mocno. Nic z tego. Ten kolos miał żelazny uścisk. Spuściłam głowę czując się na straconej pozycji.
-Odsuń się od niej -usłyszałam jakiś głos po mojej prawej stronie.
Spojrzałam w tamtą stronę korytarza i ujrzałam... Zabiniego. Patrzył poirytowany na Liama.
Ten uśmiechnął się wrednie.
-Masz nowego wybawiciela -wyszeptał mi na ucho i odsunął się ode mnie z uniesionymi rękoma. Rzucił Blaise'owi piorunujące spojrzenie po czym ruszył korytarzem jakby nigdy nic. Zabini podszedł do mnie i dotknął mojego ramienia.
-W porządku? -Spytał troskliwie.
Pokiwałam tępo głową powstrzymując jakiekolwiek reakcje.
-Halo? -Zaniepokoił się moim dziwnym stanem.
Wbrew mojej woli łzy spłynęły po moich policzkach. Ślizgon przytulił mnie mocno.
-Już nie wiem co robić. To nie on rzucił Imperio na Draco. A co jeśli nikt mu nie kazał tego robić? -Wyjęczałam jednym tchem.
Ten niepewnie pogładził mnie po plecach. Przyklejona to jego klatki piersiowej poczułam jak ta unosi się nabierając powietrze, jakby chciał coś powiedzieć. Przez jakiś czas jego płuca były wypełnione świeżym tlenem, gdyż nie wypuszczał powietrza z nich.
-On.. On nie zrobił tego z własnej woli -powiedział w końcu.
Wyłoniłam lekko zaczerwienioną twarz i spojrzałam na niego.
-Skąd wiesz? -Spytałam cicho.
Ten westchnął spuszczając głowę.
-Bo... Bo... Bo to ja rzuciłem Imperio -wydukał cicho.
Odsunęłam się od niego nadal wgapiając się w Ślizgona tępo.
-Co? -Wymamrotałam zszokowana.
-No bo.. No bo podobasz mi się -wyjaśnił z wielkim trudem.- Wiedziałem, że z własnej woli nie rzucisz Draco, ani on ciebie..
Patrzyłam na niego otępiała.
Zabini... Blaise Zabini, który wcześniej wyzywał mnie od szlam, teraz mówi, że się we mnie zakochał...
-Przepraszam. Bardzo cię przepraszam Nie chciałem żebyś cierpiała. Głupio wyszło -mruknął cicho.
-Głupio wyszło? Na drugi raz pomyśl -ryknęłam na niego po czym odwróciłam się na pięcie i ruszyłam korytarzem ku Pokojowi Wspólnemu Puchonów.
Bez sensu. Liam w Hogwarcie, pocałunek Draco i Pansy, zakochany we mnie Zabini, ojciec pragnący mojej śmierci. Czuję się jak w jakimś koszmarze, z którego chcę się jak najszybciej obudzić.
Wtem usłyszałam jakiś huk za moimi plecami. Gdy się odwróciłam ujrzałam jedynie dwie czarne postacie w białych maskach, które wtargnęły do zamku przez dziurę w ścianie. W sumie to tyle, gdyż przed oczami pojawiły się mroczki, po chwili ogarnęła mnie ciemność, czyli jednym słowem film mi się urwał...
____________________________________________________________
W ciul mi się nie podoba ten rozdział -,-
Chyba widać moją desperację... WENO! Cholero jedna. Wróć! T.T
No nic. Mam dla Was nową wieść. Azaliż moje słońce założyło bloga ^^
Chłopaczyna pisze o Doctor'ze Who, ale zachęcam wszystkich, bo ma talent :3
http://doctor-who-jack-tatia.blogspot.com/
~Tina
Subskrybuj:
Posty (Atom)